Stany Zjednoczone nie zawsze są rajem dla pracowników. Organizacje badań ekonomicznych, Center for Economic Policy Research oraz Center for Social Policy, działające przy Uniwersytecie, przygotowały listę najgorzej płatnych zawodów w USA.

Na liście znalazły się modelki. Ale to nie jedyna grupa zawodowa. Źle powodzi się obsłudze w kawiarniach i jadłodajniach - 87 % stanowisk pracujących “za ladą” zostało uznanych za “kiepskie”, co oznacza, że płaci się za nie mniej niż wynosiła wartość średnia w roku 1979 (po uwzględnieniu inflacji). Ponadto pracodawca nie pokrywa kosztów ubezpieczenia ani składek emerytalnych.

W 2005 roku prawie jedna trzecia amerykańskich pracowników wykonywała pracę, spełniającą te trzy kryteria, czyli - jak donosi raport - sytuacja podobna do tej z roku 1979 albo i gorsza, jeśli wziąć pod uwagę istotny wzrost gospodarczy w Stanach od końca lat 70-tych ubiegłego wieku.

Niewiele “kiepskich” zawodów jest w grupie tych kojarzonych z pracą sezonową czy tą dla studentów, chcących dorobić. Spora część znajduje się w sektorze usług, np. piloci wycieczek czy bileterzy. Natomiast zawody typowe dla branży żywieniowo-usługowej zajmują cztery z dziesięciu pozycji w zestawieniu.

Stres związany z pracą w restauracji w szczególności ma spore znaczenie dla dużej części społeczeństwa, jako że w branży tej zatrudnionych jest ok. 12,8 mln osób, co stawia ją na drugim miejscu, zaraz za sektorem rządowym.

Niektórzy, na przykład James Sherk z Heritage Foudation, który sam pracował jako ratownik będąc nastolatkiem, uważają jednak, że praca kelnera czy hostessy nie jest taka zła, ponieważ pozwala zdobyć doświadczenie zawodowe, zwłaszcza młodym ludziom. Zgadza się z tym również doradca z firmy ReadyMinds, który widzi taki start jako coś pozytywnego na ścieżce kariery w danej branży.

Na Wschód wyjechało już 30 tys. Polaków. Jak pisze “Metro” menedżera z Polski chciałaby każda rosyjska firma.

W Rosji jak grzyby po deszczu powstają nowe banki, sieci handlowe, hotele, firmy ubezpieczeniowe. Szukają fachowców z niemal każdej dziedziny. Zarówno miejscowi pracodawcy, jak i filie zachodnich koncernów oferują im pracę na kierowniczych stanowiskach, a do tego znakomite warunki zatrudnienia - służbowe mieszkanie i samochód z kierowcą to pakiet podstawowy.

Polacy jeszcze kilka lat temu musieli konkurować z menedżerami z USA i Europy Zachodniej. Szybko okazało się jednak, że nie ustępują im wiedzą i doświadczeniem, a dodatkowo posiadają szczególną umiejętność - o wiele łatwiej dogadują się z Rosjanami i odnajdują w gąszczu tamtejszych specyficznych przepisów.

- Renoma, jaką cieszymy się w Rosji, sprawiła, że Polacy nie mają problemów ze znalezieniem tu pracy - twierdzi Dariusz Cwajda, który od prawie czterech lat pracuje w moskiewskim oddziale polskiej firmy Alpha Consulting. Zdarza się nawet, że zarządy rosyjskich i zachodnich firm “podkradają” ich sobie. - Na jednym z przyjęć byłem świadkiem rozmowy dwóch biznesmenów, którzy twierdzili, że dadzą każde pieniądze, byle mieć specjalistę z Polski, bo to doda im prestiżu - mówi Adam Sochacki z Poznania, który od roku jest menedżerem w przedstawicielstwie brytyjskiej firmy logistycznej w Moskwie.

- Polaków uważa się tu za ludzi z Zachodu, czyli tej porządnej i lepiej zorganizowanej części świata - dodaje Marcin Kiliński ze Szczecina, menedżer w jednym z moskiewskich banków.

Potwierdzają to sami Rosjanie. - Bardzo szanujemy Polaków. Są ambitni, pracowici i znają się na tym, co robią. W odróżnieniu od Rosjan są uprzejmi, często się uśmiechają i świetnie się ubierają - mówi Anastasia Morozowa z centrali tego samego banku.

To uznanie przekłada się na wysokie pensje, które w przeliczeniu na złotówki sięgają kilkudziesięciu tysięcy miesięcznie. Pozwala to na wygodne życie, choć jego koszty są wyższe niż w Polsce o 20-30 proc.

Dziś rusza akcja: płacę podatki tylko raz, organizowana przez Polaków pracujących w Holandii. Rodacy chcą zmiany polsko-holenderskiej umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania, informuje “Gazeta Prawna”.

Polacy pracujący w Holandii wzięli przykład z osób pracujących w Wielkiej Brytanii. Dziś rozpoczęli akcję obywatelską, pod hasłem: płacę podatki tylko raz, zbierając podpisy pod petycją do premiera Donalda Tuska w sprawie zmiany polsko-holenderskiej umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania.

Umowa z Holandią z 2002 roku przewiduje zastosowanie do rozliczania dochodów z pracy metody proporcjonalnego odliczenia. W konsekwencji Polacy pracujący w Holandii, którzy nadal mają miejsce zamieszkania dla celów podatkowych w Polsce, muszą ze wszystkich dochodów rozliczać się w kraju. Jest tak nawet wtedy, gdy w ciągu roku zarabiali tylko w Holandii. Ponadto przy takim rozliczeniu Polak zarabiający w Holandii zazwyczaj w Polsce musi podatek jeszcze dopłacić.

- Chcemy płacić podatki. Obecne uregulowania podatkowe są niesprawiedliwe. Zważywszy na wysokie koszty utrzymania w Holandii, dopłacanie PIT w Polsce jest dla nas dużym ciężarem, udaremniającym wszelkie finansowe korzyści płynące z naszego trudu i wysiłku pracy za granicą. Chcemy wrócić do kraju i móc bezpiecznie zainwestować zarobione w Holandii pieniądze bez obawy przed fiskusem - tłumaczą organizatorzy akcji.

Nasi rodacy na Wyspach tak dobrze radzą sobie w prowadzeniu własnych interesów, że coraz częściej ich przedstawicielstwa otwierają także nad Wisłą - pisze “Metro”.

Wystarczyły niespełna cztery lata, odkąd Wielka Brytania otworzyła swój rynek pracy dla Polaków, aby nasi najbardziej przedsiębiorczy rodacy poczuli się jak prawdziwe rekiny biznesu. Dziś nad Tamizą są tysiące polskich firm. Według obliczeń Centrum Stosunków Międzynarodowych spośród ok. 1,5 miliona polskich imigrantów na Wyspach nawet 15-20% prowadzi własny biznes.

Najwięcej firm powstało w branży remontowo-budowlanej, kurierskiej oraz gastronomii. Ale luki na brytyjskim rynku odkryli też fryzjerzy, graficy komputerowi, a nawet księgowi. Co najważniejsze, naszym rodakom interesy idą tak dobrze, że teraz postanowili rozkręcić działalność nie tylko nad Tamizą, ale również w Polsce.

Eksperci nie mają wątpliwości, że biznes w dwóch państwach to niezła inwestycja. Wielu Polaków z Wysp zauważyło, że są branże, na których można zarabiać zarówno tu, jak i tam. Szybko rozwijająca się gospodarka i niższe koszty utrzymania mogą sprawić, że z czasem wielu przedsiębiorców zdecyduje się prowadzić interesy tylko w kraju, bo okaże się to równie dochodowe jak w UK - przypuszcza Małgorzata Rusewicz z Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych “Lewiatan”.

Na razie jednak przedsiębiorczych Polaków do zakładania firm nad Tamizą zachęcają liberalne brytyjskie przepisy. Na Wyspach, w przeciwieństwie do Polski, przez pierwsze trzy miesiące można prowadzić biznes na próbę i nigdzie nie trzeba go rejestrować. A gdy się zdecyduje dalej prowadzić firmę, to formalności załatwi się w pięć minut - czytamy w “Metrze”.

GUS szacuje, że na koniec 2006 roku na emigracji czasowej przebywało 1 mln 950 tys. mieszkańców Polski.

Z tego ponad 1 mln 600 tys. w Europie.

W komunikacie podano, że zdecydowana większość czasowych emigrantów z Polski przebywa w krajach członkowskich UE - w końcu 2006 r. było ich ok. 1 mln 550 tys. (najwięcej w Wielkiej Brytanii - ok. 580 tys. oraz w Niemczech - ok. 450 tys.).

Według wstępnych szacunków, w końcu 2007 roku ludność Polski liczyła ok. 38 mln 115 tys. osób, tj. o ponad 10 tys. mniej niż przed rokiem.

Wyjazdy do Ameryki interesują Polaków coraz mniej. Tylko w ciągu dwóch lat prawie o 15 procent spadła liczba wiz wydawanych przez amerykańskie konsulaty.

Najbardziej od USA odwrócili się studenci - w zeszłym roku do prac sezonowych wyjechało ich za ocean aż o jedną trzecią mniej niż w 2005 r. Mimo to nie mamy co liczyć na szybkie zniesienie wiz - zauważa “Dziennik”.

“Dolar jest słaby, więc zarobek w USA przestaje się opłacać. Tym bardziej że otworem stoi dla Polaków rynek pracy prawie całej Europy, a tam pensje są nie tylko wyższe, ale i legalne” - przyznają amerykańscy dyplomaci.

W zeszłym roku 113 tys. Polaków otrzymało 90-dniowe wizy na wyjazd do USA, które często były wykorzystywane przez nielegalnych pracowników. To o 16 tys. mniej niż dwa lata wcześniej.

Na legalny zarobek w Stanach mogą liczyć studenci. W ramach programu “travel and work” co roku amerykańscy pracodawcy oferują kilkadziesiąt tysięcy sezonowych miejsc pracy w hotelach, restauracjach, przy obsłudze turystów i pracach w farmach. Ale liczba chętnych do ich podjęcia maleje. W zeszłym roku z programu skorzystało zaledwie 13,5 tys. polskich studentów wobec 19,5 tys. w 2005 r. i 16,5 tys. w 2006.

“Choć od lat współpracujemy z tymi samymi przedsiębiorcami w USA, coraz trudniej jest nam znaleźć dla nich pracowników” - przyznaje Urszula Nowak z warszawskiego biura BTC zajmującego się obsługą “travel and work”.

Wraz ze spadkiem wartości dolara oferowane studentom warunki stały się mało atrakcyjne. Płaca netto nie przekracza 15 zł na godzinę (6-7 dolarów), tyle, ile dostają w USA nielegalnie latynoscy imigranci. Polscy studenci muszą jednak sami zapłacić za bilet lotniczy (około 2 tysięcy złotych), zakwaterowanie i wyżywienie. “Wyjeżdżają już głównie ci, którzy chcą przy okazji turystycznie poznać Amerykę. Odłożyć poważniejszych pieniędzy w ten sposób raczej się nie da” - przyznaje Urszula Nowak.

Czy wobec słabnącego zainteresowania wyjazdami za ocean Amerykanie wreszcie zrezygnują z wymogu wizowego, bo obrona USA przed najazdem polskich emigrantów stała się bezprzedmiotowa?

W zeszłym roku Waszyngton podwyższył z 3 do 10 proc. udział odmów wydawania wiz, do którego muszą dostosować się państwa starające się o przystąpienie do programu Visa Waiver. “Z moich informacji wynika, że w ostatnim kwartale ubiegłego roku nastąpił skokowy spadek wyjazdów Polaków do USA z naruszeniem warunków wydawania wiz” - twierdzi szef MSZ Radosław Sikorski w wywiadzie dla “Newsweeka”.

Do pełnej swobody wyjazdów droga pozostaje jednak jeszcze daleka. “Co piąta osoba starająca się o wizę nie otrzymuje jej” - przyznaje rzecznik ambasady USA w Warszawie, Andrew Schilling.

Udział odmów nie maleje proporcjonalnie do spadku zainteresowania wyjazdami do Stanów, bo kryteria przyznawania wiz nie są precyzyjnie sformułowane. Amerykański konsul w trakcie 2 - 3-minutowej rozmowy musi rozstrzygnąć, czy petent jest wystarczająco “związany z Polską”, aby nie chcieć pozostać nielegalnie za oceanem.

Ponad 21 milionów funtów rocznie płacą angielscy podatnicy na dzieci polskich imigrantów. Jednak większość z tych pociech wciąż przebywa i żyje nad Wisłą. Dlatego Brytyjczycy chcą tak zmienić przepisy, by zakazać Polakom pobierać dodatek.

O nadzwyczajnej szczodrości brytyjskiego prawa pisze dziennik “Daily Express”. Jak podają publicyści gazety, dodatki na dzieci pobiera 16,286 Polaków dla 26,711 swoich pociech, które mieszkają w ojczyźnie. W sumie rząd Jej Królewskiej Mości wypłaca im rocznie 21,4 mln funtów. Rodzina z dwójką dzieci może otrzymać nawet 1,5 tysiąca funtów rocznie dodatku co, jak zauważa gazeta, jest u nas małą fortuną.

To wynik przepisów obowiązujących w Wielkiej Brytanii od 1973 roku. Na ich podstawie mieszkaniec Unii Europejskiej pracujący w jednym z krajów UE i płacący tam podatki, może ubiegać się o dodatek na swoje dziecko przebywające w innym kraju.

Polacy nader chętnie to robią i są największą grupą korzystającą z brytyjskich przepisach. Te chcą jednak zmienić brytyjczycy. - Przepisy muszą być zmienione by upewnić się, że te wypłaty dostaną tylko zasługujące na to dzieci obywateli brytyjskich - powiedziała “Daily Express” Corin Taylor ze związku podatników TaxPayers’ Alliance.

- Nie ma żadnego usprawiedliwienia dla tego, by płacić dodatki na dzieci wg brytyjskich stawek polskim dzieciom, gdzie wydatki na życie są ułamkiem tego, co u nas - wtórował jej Andrew Green z Migrationwatch.

Gazeta zwraca też uwagę, że liczba Polaków przebywających na Wyspach Brytyjskich w celach zarobkowych wcale nie maleje. W tej chwili wynosi ona 1,3 miliona i jest to sześć razy więcej niż przed wstąpieniem Polski do Unii Europejskiej.

Emigranci w Walii nie powodują wzrostu bezrobocia wśród Brytyjczyków ani nie wstrzymują podwyżek pensji - mówi oficjalny raport. Pracownicy spoza Wielkiej Brytanii często wypełniają lukę na stanowiskach, których nie chce przyjąć nikt z tutejszych mieszkańców - możemy przeczytać w serwisie BBC.

Jeff Hopkins z Polish-Welsh Mutual Association mówi, że ten raport obala wszelkie mity, które otaczają takich pracowników.

Raport jest działem konsultantów z Welsh Assembly Goverment. Chwali on entuzjazm emigrantów i wskazuje na to, że chętnie zatrudniają się na stanowiskach, których nie chcą Brytyjczycy.

Nie ma aktualnych danych na temat liczby pracujących emigrantów w Walii, ale szacuje się, że może być ich ok. 17 tys. Około 2 tys. osób, wśród nich wielu Polaków, mieszka w Llanelli w Carmarthenshire i zdarza się, że zarabiają tu w ciągu tygodnia tyle ile w swoim kraju dostaliby za miesiąc pracy.

Wśród takich osób jest Radek Tuczyński, który pracuje w Parker Plant Hire w Llanelli. Przyznaje, że przyjechał do Walii, by zacząć lepsze życie i zarobić więcej pieniędzy. Jego szef, George Parker, potwierdza, że emigranci, których zatrudnia nie zajmują miejsc pracy jego rodakom. Emigranci chętnie podejmują się pracy, której nie chce podjąć się żaden Brytyjczyk - mówi.

Eksperci są pewni, że wieloletni napływ emigrantów nie ma nic wspólnego ze wzrostem bezrobocia w 2005 i 2006 roku. Nie ma również wpływu na zahamowanie podwyżek płac.

Jeff Hopkins uważa, że polscy emigranci bardzo integrują się z lokalną społecznością i gdy zaczynają mówić biegle po angielsku nie mają problemów ze znalezieniem pracy. Tak naprawdę powinniśmy być im wdzięczni - mówi. Gdyby nie oni, wiele naszych inwestycji by upadło, bo nie mielibyśmy pracowników.

Sean O’Sullivan, dyrektor HOS Construction w Gorseinon, uważa, że emigranci nie zaniżają stawek. Wszyscy nasi pracownicy dostają taką samą pensję, szczególnie ci dobrze wykształceni. Gdybyśmy zaniżali pensje, nasi pracownicy szybko przenieśliby się na lepiej płatne miejsca pracy. Nie zatrudniamy nikogo dlatego, że jest z Polski czy też z innego kraju. To tutaj prowadzimy działalność i szukamy nowego pracownika.

W listopadzie zeszłego roku, członek Walijskiej Partii Narodowej - Adam Price, oskarżył niektóre agencje pracy o wyszukiwanie tanich pracowników z Europy Wschodniej na koszt biednej społeczności walijskiej.

W Czechach podjęto dochodzenie w sprawie traktowania Polaków zatrudnionych w zakładach koncernu Skoda Auto - podano na stronie internetowej czeskiego rzecznika praw obywatelskich. Kontrole przeprowadzone w Ostrawie wykazały, że agencja Zetka Auto (która prowadziła nabór do pracy w czeskiej fabryce) “w dużym stopniu nie wywiązała się ze swych zobowiązań, nie zapewniając, by warunki płacy i pracy tymczasowych pracowników nie były gorsze od tych, jakie mają pracownicy etatowi” - głosi raport rzecznika Otakara Motejla.

W październiku 2006 roku “Gazeta Wyborcza” napisała, że Polacy w zakładach Skody w Mladej Boleslavi w środkowych Czechach traktowani są jak niewolnicy.

Według dziennika około 900 polskich robotników było terroryzowanych, źle wynagradzanych, zmuszanych do pracy przez 16 godzin na dobę, a w razie odmowy karanych potrąceniami wynagrodzenia lub utratą kilku dni urlopu, a nawet biciem. Ponadto mieszkali w nieogrzewanym baraku bez dostępu do ciepłej wody.

Zetka Auto oświadczyła wówczas, że oskarżenia są absurdalne, wskazując, że miesięczna płaca brutto Polaków wynosiła co najmniej 10 617 koron (375 euro), czyli - zauważa AFP - dwa razy mniej niż średnie wynagrodzenie w miejscowym przemyśle w tamtym czasie.

Po kontroli czeskiej inspekcji pracy w Zetce Auto wdrożono dochodzenie - podało biuro czeskiego ombudsmana.

Decyzja co do dalszych kroków zapadnie w ciągu najbliższych tygodni - powiedziała AFP rzeczniczka biura Iva Hrazdilkova.

W Czechach pracuje - według danych czeskiego rządu - około 25 tysięcy Polaków, głównie w przemyśle samochodowym i chemicznym. Większość zatrudnionych jest na umowach tymczasowych.

Zatrudnienie kobiet w Unii Europejskiej powoli, ale stale rośnie. Wciąż jednak zarabiają one mniej - średnio o 15% - od mężczyzn, i to mimo lepszego wykształcenia. Takie wnioski płyną z opublikowanego w środę raportu Komisji Europejskiej na temat równości kobiet i mężczyzn na rynku pracy w UE.

Mimo unijnego prawa, które nakazuje, by za tę samą pracę kobiety i mężczyźni zarabiali tyle samo, mieszkanki Unii Europejskiej zarabiają średnio o 15% mniej niż mężczyźni.

W Polsce ta różnica jest nieco mniejsza i wynosiła w 2006 roku 12%. Najlepsza sytuacja jest na Malcie, w Belgii i w Słowenii, gdzie kobiety zarabiają mniej od mężczyzn o odpowiednio 3,7 i 8%, a najgorsza - w Estonii (24%), na Cyprze (24%) Słowacji (24%) i w Niemczech (24%).

W 2006 roku odsetek zatrudnionych kobiet wynosił średnio w UE 57,2% czyli o 3,5 punktu procentowego więcej niż w 2001 roku. W tym samym okresie zatrudnienie mężczyzn wzrosło w UE tylko o 0,7 punktu procentowego. W Polsce zatrudnienie kobiet wzrosło z 47,7% w 2001 roku do 48,2% w 2006 r., a mężczyzn w tym samym czasie z 59,2 do 60,9%.

W przeciwieństwie do unijnych tendencji w Polsce nie rośnie natomiast zatrudnienie kobiet starszych wiekiem. Podczas gdy w UE od 2001 do 2006 roku średnie zatrudnienie kobiet w wieku 55-66 wzrosło z 28,2% do 34,8%, w Polsce zmalało z 20,4% do 19%. Dla kontrastu - w Szwecji zatrudnienie kobiet starszych wynosi obecnie 68,9%, w Estonii 59,2%, a Finlandii 54,3%.

Globalnie na 12 mln miejsc pracy stworzonych w Unii Europejskiej od 2000 roku 7,5 mln zajęły kobiety.

Te pozytywne wyniki nie pozwoliły jednak na zniwelowanie wciąż istniejących poważnych różnic na rynku pracy między mężczyznami a kobietami.

“Podczas gdy kobiety są lepiej wykształcone od mężczyzn, ich kariera jest na ogół krótsza, wolniejsza i wciąż zarabiają za mało w porównaniu z mężczyznami. Wciąż pozostaje więc wiele do poprawy” - oświadczył unijny komisarz ds. zatrudnienia Vladimir Szpidla.

W Polsce jest najwyższy odsetek kobiet z wykształceniem “przynajmniej średnim” w wieku 20-24 lat i wynosił w 2006 roku 93,8%. Średnia unijna dla kobiet to 80,7%, a dla mężczyzn 74,8%.

Raport ujawnia też, że zatrudnienie kobiet posiadających dzieci jest w UE średnio niższe o prawie 7 punktu procentowego niż wśród kobiet bezdzietnych. W Polsce ta różnica jest jeszcze większa i wynosi 9 punktów.

Kobiety wciąż mają też kłopoty, by uzyskać zatrudnienie na stanowiskach kierowniczych. Proporcja kobiet kierujących przedsiębiorstwami odrobinę wzrosła i wyniosła w 2006 roku 32,6%, o około 2 punktu więcej niż w 2001 roku. W Polsce wzrost był nieco wyższy od unijnej średniej: z 32,1% do 35,2%.

Następna →