“Gazeta Prawna” ostrzega Polaków pracujących za granicą - niektórzy będą musieli zapłacić w Polsce podatek od osiągniętych dochodów.

Jak pisze dziennik, procedury rozliczeń podatkowych wewnątrz UE są wyjątkowo skomplikowane ale w największym uproszczeniu, zapłacić w Polsce podatek - z różnych powodów - będą musiały osoby pracujące w Wielkiej Brytanii, Belgii, Holandii, Danii, Szwecji i Holandii.

“Gazeta Prawna” opisuje przykład pracy w Wielkiej Brytanii, gdzie wyjechały setki tysięcy Polaków. Ponieważ podatki sa tam generalnie niższe niż w Polsce, po powrocie trzeba będzie pewną kwotę dopłacić polskiemu fiskusowi. A ten - według dziennika - już zapowiada kontrole takich osób i ostrzega, że przepływ informacji o dochodach między państwami UE działa nieźle.

Dokładny opis całego skomplikowanego zagadnienia - w dzisiejszej “Gazecie Prawnej”.

Polscy i słowaccy dentyści mogą stać się lekarstwem na brak lekarzy tej specjalności w Czechach - pisze dziennik “Mlada fronta Dnes”, cytując opinię czeskiego ministra zdrowia Davida Ratha.

Jak podaje gazeta, Rath w zeszłym tygodniu omawiał taki projekt poprawy opieki dentystycznej w kraju z dyrektorami głównych czeskich szpitali. Dyrektorzy szpitali mogą próbować zatrudniać wykwalifikowanych stomatologów ze Słowacji i z Polski, ponieważ w Czechach brakuje takich wykwalifikowanych lekarzy - powiedział Rath.

Złożenie propozycji przez ministra potwierdzili sami dyrektorzy głównych szpitali. Zastrzegli jednak, iż nie bardzo wyobrażają sobie realizację takiego planu. Pomysł przedstawiono - nikt go jednak nie komentował - powiedziała dyrektor szpitala klinicznego w Pilznie Jaroslava Kunova, dodając, iż ani dyrektorzy placówek medycznych, ani też sami stomatolodzy nie wiedzą, w jaki sposób plan Ratha miałby działać.

Idea Ratha została też skrytykowana przez Jirziego Pekarka, szefa czeskiego stowarzyszenia stomatologów. Jeśli chodzi o dentystów z Polski, nie sądzę, by czeskie szpitale były dla nich atrakcyjne w sytuacji, gdy mogą otwierać prywatne kliniki w Niemczech, Wielkiej Brytanii czy Szwecji - powiedział Pekarek, dodając, że zamiast ściągać lekarzy z zagranicy, władze winny przede wszystkim zwiększyć liczbę absolwentów stomatologii na czeskich uczelniach.

Z kolei rzeczniczka szpitala w Karvinie-Raju, Dorota Havlikova zwróciła uwagę, że polscy specjaliści mogą mieć kłopot z uznaniem swoich dyplomów w Czechach. Nie sądzę, by tłumnie rzucili się do pracy w Republice Czeskiej - powiedziała.

W Czechach - jak pisze “Mlada fronta Dnes” - pracuje obecnie 7 tys. stomatologów; ze względu na generalnie zaawansowany wiek, ich liczba w 2010 roku prawdopodobnie spadnie poniżej 5 tysięcy.

“Życie Warszawy”: Islandczykom tak zależy na pracownikach z Polski, że wynajmują dla nich specjalne samoloty, by mogli dolecieć prosto na miejsce pracy.
Polacy są potrzebni m.in. na największym placu budowy w Islandii w Reydarfjrdur we wschodniej części wyspy. Koncern budowlany Bechtel stawia tam olbrzymią hutę stali. Przy jej konstrukcji pracuje już 600 Polaków. Do przyszłego roku firma chce zatrudnić jeszcze tysiąc osób.

Jedną z form zachęty dla Polaków podejmujących pracę, jest bardzo wygodny transport - firma wynajmuje samoloty, które przywożą ich z kraju na miejsce pracy i odwożą do Polski na urlopy. Specjalne rejsy zorganizowano też w okresie świątecznym. Samoloty kursują na trasie Katowice-Fjardal.

- To znacznie upraszcza sprawę. Na wschodnią Islandię nie jest łatwo się dostać, a chodzi o częste rejsy - wyjaśnia Bjrn Larusson z firmy Bechtel. - Nasi pracownicy pracują bowiem w systemie zmianowym: trzy miesiące pracy, potem trzy tygodnie urlopu - dodaje Larusson.

Loty są dość drogie - bilet w dwie strony to koszt około 2500 zł. Pracownicy pokrywają go z własnej kieszeni, ale nie czują się pokrzywdzeni - ich miesięczne zarobki wynoszą blisko 13 tys. zł. Bechtel zdecydował się na pracowników z Polski przede wszystkim ze względu na ich dobre kwalifikacje i dużą ilość fachowców w naszym kraju. Firma nawet otworzyła w Polsce swoje biuro.

- Chcieliśmy co prawda zatrudnić jak najwięcej Islandczyków, jednak u nas nie ma praktycznie bezrobocia, więc bardzo trudno znaleźć ręce do pracy - mówi Larusson.

Wyjeżdżający do Islandii pracownicy nie muszą znać ani islandzkiego, ani angielskiego. - Na miejscu są tłumacze. Nie jest ich trudno znaleźć, bo na Islandii mieszka naprawdę sporo Polaków - tłumaczy Larusson.

Ponad 120 tys. Polaków, którzy zamieszkali w Irlandii po wejściu Polski do Unii Europejskiej w 2004 r., stanowi największą społeczność imigrantów w tym kraju - pisze agencja AFP.

Imigracja jest zjawiskiem stosunkowo nowym w Irlandii. To, że Polacy są biali i są katolikami ułatwia szybką integrację w życiu tego małego kraju, liczącego 4 mln mieszkańców, w którym jest niemal całkowite zatrudnienie (4,4% bezrobocia).

Polacy są imigrantami modelowymi i są chętnie przyjmowani, ponieważ nie ma z nimi żadnych problemów jeśli chodzi o integrację czy przestrzeganie prawa - zapewnia AFP rzeczniczka irlandzkiego ministra sprawiedliwości Michaela McDowella.

Ta społeczność rośnie tak szybko, że urzędy administracji, banki, a nawet policja organizują kursy polskiego dla swych pracowników, jeśli nie zatrudniają specjalnie funkcjonariuszy dwujęzycznych, jak robi to np. Bank of Ireland, a wkrótce Garda Siochana (policja).

Co miesiąc w Irlandii przybywa 11 tys. nowych pracowników zagranicznych. Niemal wszyscy przyjeżdżają z nowych krajów UE, a znaczna większość z nich to Polacy.

Dla większości młodych Polaków z dyplomami wyższych uczelni “irlandzkie marzenie” jest realne. Architekci, inżynierowie czy informatycy żyją w komforcie materialnym, jakiego nie znali wcześniej, i optymistycznie patrzą na życie.

Polski tygodnik wydawany w Irlandii “Strefa Eire” w numerze z 8 grudnia poświęcił czołówkę żartobliwej krytyce artykułu z amerykańskiego “Newsweeka”, zatytułowanego “Irlandia jest piekłem na ziemi dla imigrantów polskich”.

Zapomnieli powiedzieć, że ponad 85% ludzi jest bardziej niż zadowolonych ze swego życia tutaj - mówi 32-letni Cezary Łukasik, dyrektor marketingu i współzałożyciel “Strefy Eire”. Tutaj niemożliwe można zrobić w jeden dzień, a na cud potrzeba dwóch lub trzech dni - dodaje.

Grupa młodych polskich stomatologów lada dzień wyjedzie do pracy w Szkocji. W piątek w Wilanowie trwały gorączkowe przygotowania do wyprawy - pisze “Życie Warszawy”.

Grupa dentystów pilnie ćwiczyła angielskie słówka oraz uczyła się, jak wypełniać formularze medyczne obowiązujące w Szkocji. Podczas specjalnego kursu stomatolodzy poznawali też zwyczaje mieszkańców tego kraju. Wykładowcy przestrzegali np., że nie każdy Szkot ma takie samo poczucie humoru, jak przeciętny Polak. To wszystko jest konieczne, by już w połowie stycznia dentyści wyjechali na trzyletnie kontrakty do pracy w Szkocji. Praca od 8.30 do 17 (z godzinną przerwą na lunch), gwarantowany urlop.

Szansę na wyjazd do Szkocji mają dentyści, którzy pracowali w zawodzie co najmniej trzy lata i znają dobrze język angielski. - Mamy mnóstwo chętnych, ale wielu z nich odpada z powodu słabej znajomości języka, przyznaje Katarzyna Nosarzewska z firmy Paragona, która przy współpracy z brytyjskim ministerstwem zdrowia pomaga polskim stomatologom znaleźć pracę w Szkocji i Anglii.

Większość dentystów, którzy decydują się na wyjazd z kraju, to ludzie młodzi. Wielu z nich zabiera ze sobą rodziny. Na miejscu lekarze będą mieli zapewnione mieszkanie. Sztab ludzi pomoże im też w codziennym życiu - pokaże, jak założyć rachunek w banku lub pomoże znaleźć szkołę dla ich dzieci.

Dla większości dentystów główną zaletą wyjazdu do pracy za granicę są pieniądze. W ciągu roku w Anglii czy Szkocji mogą zarobić 40-60 tys. funtów, a czasem i więcej. W Polsce dostaliby kilkakrotnie mniej.

Rząd zdecydował o zaskarżeniu do Trybunału Sprawiedliwości Wspólnot Europejskich postanowień dyrektywy zawierających dyskryminacyjne rozwiązania dotyczące uznawania kwalifikacji zawodowych pielęgniarek i położnych.

Przeciwko zapisom Traktatu Akcesyjnego protestowały pielęgniarki, które uznały, że zapisano dla nich gorsze warunki, niż mają ich koleżanki z pozostałych krajów członkowskich UE.

Kwalifikacje absolwentek polskich 5-letnich liceów medycznych nie są uznawane w Unii Europejskiej, chyba że ukończą one studia uzupełniające (są one płatne; opłata za całe studia to - według pielęgniarek - około 10 tys. zł), natomiast absolwentki szkół pomaturalnych muszą wykazać się co najmniej pięcioletnim doświadczeniem, zdobytym w ciągu siedmiu lat, poprzedzających wyjazd do innego kraju.

Według pielęgniarek, jest to najdłuższy okres w stosunku do wszystkich krajów Unii Europejskiej, pomimo porównywalnego systemu kształcenia. Np. pielęgniarka z Litwy, jeśli ukończyła kształcenie niedostosowane w pełni do standardów unijnych, musi się wykazać tylko trzyletnim doświadczeniem zawodowym, zdobytym w ciągu ostatnich pięciu lat przed wyjazdem. Ich zdaniem, przez to polskie pielęgniarki mają dużo gorsze możliwości zatrudnienia w Unii; wiele z nich w innych krajach nie pracuje w swoim zawodzie, tylko jako pomoce pielęgniarskie, a to wiąże się ze znacznie niższym poziomem wynagrodzenia.

Z wnioskiem o zaskarżenie unijnej dyrektywy wystąpił do premiera resort zdrowia.

Obecnie w Polsce jest około 290 tys. pielęgniarek; 70% z nich to absolwentki pięcioletnich liceów pielęgniarskich.

Europejskie firmy nie chcą w przyszłym roku zatrudniać nowych pracowników. Pocieszające jest jednak to, że nie chcą też zwalniać.

To wniosek z ogłoszonego w czwartek badania European Economic Survey przeprowadzonego w 90 tys. firm z 27 krajów Europy.

Badanie to ważny prognostyk na przyszłość - wyniki podawane cyklicznie od 2001 r. trafnie przewidują kondycję europejskiej gospodarki w następnym roku.

Ankieterzy pytali przedsiębiorców, jak w 2006 r. będą wyglądały ich obroty, eksport, inwestycje, sprzedaż krajowa oraz “zaufanie biznesowe”.

Wyniki są przeciętne. Dwie trzecie europejskich przedsiębiorców nie chce zatrudniać nowych pracowników, a z powodu wysokich cen paliwa i zmian kursu euro wobec dolara spadnie eksport (o 2,8 punktu proc.).

Rysuje się przy tym wyraźny podział na nową i starą Europę. Ta pierwsza za wyjątkiem Irlandii tkwi w stagnacji, druga - reprezentowana przez nowych członków Unii - pędzi do przodu. Tegoroczna ankieta to przede wszystkim bezsporny triumf liberalnych gospodarek Estonii i Litwy. Te kraje według prognoz mają w 2006 r. rozwijać się najszybciej.

A Polska? Nasi biznesmeni w większości są pesymistami. Jedynym jasnym punktem są planowane przez firmy inwestycje. Tu jesteśmy w absolutnej czołówce - wyprzedzają nas tylko Dania i Łotwa.

- Jest to czytelny sygnał do polityków: usuwajcie bariery rozwoju przedsiębiorczości - twierdził na konferencji prasowej Marek Kłoczko z Krajowej Izby Gospodarczej, która nadzorowała krajową część badań.

Według KIG podstawową przeszkodą jest paraliż sądownictwa i wymiaru sprawiedliwości. - Tego problemu nie załatwi doinwestowanie sądownictwa, ale uproszczenie procedur - twierdzi Kłoczko, odnosząc się do planowanego utworzenia 400 nowych etatów dla asystentów sędziów.

Przedsiębiorcy chcieliby też reformy służby zdrowia. Ich zdaniem z powodu nieustannie podnoszonej składki zdrowotnej rosną koszty pracy. Domagają się też rozwoju infrastruktury. - Zamiast haseł o pieniądzach za zatrudnianie nowych osób dajcie nam drogi, żebyśmy mogli bez problemu rozwieźć towar - postuluje Kłoczko.

Unia Europejska pomaga polskim bezrobotnym w otwarciu własnej firmy. A nasze państwo rzuca im kłody pod nogi: interes rozkręcą tylko bogacze lub ryzykanci, którzy podpiszą weksel na kilkanaście tysięcy złotych - alarmuje “Metro”.

32-letni Przemysław Bulsiewicz z Bydgoszczy studiował na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu. Biegle zna angielski, hiszpański i baskijski, ale od kilku lat nie może zdobyć stałej pracy. Postanowił więc założyć własną firmę zajmującą się tłumaczeniami. Pieniądze na to - do 12 tys. zł bezzwrotnej dotacji - bezrobotni mogą dostać z Unii Europejskiej za pośrednictwem urzędu pracy (po przejściu specjalnego szkolenia i przedstawieniu biznesplanu).

Od poniedziałku jednak dotacja tylko z nazwy jest bezzwrotna. Jeśli bezrobotnemu się nie powiedzie i jego firma w ciągu roku splajtuje, będzie musiał oddać urzędowi pieniądze. To nowe przepisy Ministerstwa Gospodarki, które właśnie weszły w życie.

Zaskoczony Przemek musiał podpisać akt notarialny o dobrowolnym poddaniu się egzekucji komorniczej. Urząd może też zażądać innego zabezpieczenia - np. weksla, samochodu, równowartości dotacji na koncie w banku czy też kilku żyrantów.

Nowych przepisów przestraszył się za to Tomasz Wasilewski z Warszawy, bezrobotny, który swoją szansę widział w założeniu firmy komputerowej. - Zrezygnowałem z dotacji, bo co to za pomoc, którą będę musiał spłacać do końca życia, jeśli firma mi splajtuje - mówi.

- Ludzie, którzy zgłaszali się na szkolenia do urzędu pracy, rezygnują. Na ogół nie mają majątku na zabezpieczenie darowizny. A kto podżyruje pożyczkę człowiekowi, który nie ma stałych dochodów? - pyta Przemek Bulsiewicz.

Urzędy pracy i ministerstwo pomysł z zabezpieczaniem pożyczek tłumaczą tak: ma to zmobilizować bezrobotnych do lepszej pracy i uniemożliwić oszustwa. - Gdyby ktoś próbował nas naciągnąć, to idziemy od razu do komornika i odzyskujemy pieniądze - mówi Tomasz Zawiszewski, wicedyrektor urzędu pracy w Bydgoszczy.

Niestety, nikt nie pomyślał, że restrykcje dotkną także uczciwych ludzi, którzy chcą skończyć z bezrobociem, ale utrudniają im to kolejne głupie przepisy. Zgodnie z nowym prawem z dotacji nie można np. kupić wyposażenia firmy na koszt nowo tworzonego przedsiębiorstwa, lecz tylko na bezrobotnego jako osoby fizycznej.

- By uruchomić firmę, muszę kupić m.in. specjalistyczne oprogramowanie do tłumaczeń - opowiada Bulsiewicz. - Kłopot w tym, że umowa z urzędem pracy zakłada, że nie mogę kupić go na firmę, lecz na siebie. Wtedy zaś nie mogę wykorzystać oprogramowania do celów komercyjnych, bo prawdopodobnie złamałbym prawo! Znalazłem już firmy, z którymi mógłbym współpracować, ale na razie nie mogę nawet rozpocząć działalności.

Kolejki do polskich dentystów nie mają końca, telefony się urywają, a pacjenci przyjeżdżają z całego kraju. Gdzie? - w Szwecji, informuje “Nowy Dzień”.

Wszystko za sprawą “polskiej” kliniki w Sztokholmie, w której pracują nasi stomatolodzy. City Dental otworzył niedawno biznesmen Mattias Santesson. Początkowo przyjął dziewięciu dentystów z Polski, ale teraz na gwałt szuka kolejnych pięciu. Dlaczego? Bo leczyć zęby można tu o połowę taniej niż gdzie indziej w Szwecji. Poza tym lekarze przyjmują pacjentów także wieczorami i w weekendy, czego nie robią ich szwedzcy koledzy. Dziennie do City Dental przychodzi ok. 125 pacjentów, chętnych wciąż przybywa, więc wizyty trzeba zamawiać z dużym wyprzedzeniem.

Otwarcie kliniki z polskimi dentystami w sercu Sztokholmu wywołało ogromną burzę w prasie i telewizji. Nawet szwedzka minister zdrowia Ylva Johansson ciepło wypowiedziała się o klinice. Do tej pory Szwedom, którzy nie chcieli wydawać fortuny na borowanie dziur w zębach, pozostawało korzystać z dentystycznych wycieczek np. do Krakowa. Biura podróży oferujące takie wyjazdy świetnie prosperują.

Mattias Santensson zaciera ręce i planuje otwarcie następnych “polskich” klinik w Goeteborgu i Malmoe. Zarówno nasi lekarze, jak i ich pacjenci są zadowoleni, tylko szwedzkie związki zawodowe kręcą nosem na niebezpieczną konkurencję, pisze “Nowy Dzień”.

“Odrzucając konstytucję europejską, jej przeciwnicy chcieli postawić tamę ‘polskiemu hydraulikowi’. Niestety. Nie zatrzymali warszawskiego murarza. W ten weekend w Marsylii brygada finansowa położyła kres działalności przedsiębiorstwa, które zatrudniało pracowników z Polski, płacąc im 4 euro za godzinę, stawkę stanowiącą wyzwanie dla wszelkiej konkurencji.

Zatrzymano dwóch szefów spółki z siedzibą w Marsylii i trzech ich wspólników. Jedna osoba została aresztowana, cztery oskarżone, ale pozostają na wolności. Wszystkim postawiono zarzuty “ukrywania pracy, nadużywania własności społecznej, stwarzania warunków mieszkaniowym niegodnych człowieka”.

Grupa ta jest podejrzewana o sprowadzenie w ciągu roku 30 młodych Polaków bez kwalifikacji jako siły roboczej na place budowy willi. Spółka (…) sprowadzała nielegalnie młodych pracowników za pośrednictwem polskiego urzędu zatrudnienia.

“Spółka” z fikcyjną strukturą w Anglii pozwalała ukryć trasę tych nielegalnych imigrantów, prowadzącą do Francji.

Ten system pozwalał przedsiębiorstwu proponować klientom ceny niższe o 30% od konkurencji, zatrudniającej pracowników przy budowie willi z poszanowaniem prawa francuskiego.

Pracownicy z Polski nie tylko otrzymywali nędzną zapłatę, ale ich warunki życia graniczyły z niewolnictwem. Według dziennika “La Provence”, który ujawnił tę aferę, Polacy pracowali po 60 godzin tygodniowo i mieszkali w siedzibie spółki, a czasem wręcz na placu budowy. Dopełnieniem cynizmu jest fakt, że koszt ich “mieszkania”, wyżywienia i transportu między różnymi placami budowy oraz podróży z Polski był ściągany z ich miesięcznej płacy”.

Następna strona →