Niemal 350 tysięcy osób z Europy Wschodniej, najwięcej z Polski, przyjechało pracować do Wielkiej Brytanii od maja 2004, gdy nastąpiło rozszerzenie Unii Europejskiej - poinformowało brytyjskie MSW.

Według danych resortu, napływ wschodnioeuropejskich pracowników, wśród których 59% stanowią Polacy, zaczął maleć; w ostatnim kwartale roku 2005 przybyło 50.000 pracowników, gdy w przedostatnim - było ich 61.000.

Wielka Brytania, Szwecja i Irlandia to trzy państwa tzw. starej Unii, które otwarły swe rynki pracy dla przybyszów ze Wschodu. W swym raporcie Komisja Europejska wskazała na początku lutego na korzyści płynące z przepływu pracowników ze wschodniej części Unii do starych państw członkowskich.

W raporcie Komisja podkreśla, że kraje, które nie wprowadziły ograniczeń w dostępie do swoich rynków pracy dla obywateli z nowych państw członkowskich, odnotowały wzrost gospodarczy, utrzymanie bezrobocia na dotychczasowym poziomie czy nawet jego spadek oraz wzrost zatrudnienia.

W Hiszpanii brakuje lekarzy i pielęgniarek, którzy wyjeżdżają do innych krajów europejskich, jak Wielka Brytania, Niemcy, Francja i Szwecja. Na ich miejsce zjawiają się Polacy.

Przyczynami “ucieczki” lekarzy z Hiszpanii są lepsze płace i warunki pracy oferowane w wymienionych krajach oraz braki personelu medycznego, wynikające z ograniczenia przyjęć na akademie medyczne, a także większe zapotrzebowanie na lekarzy wskutek wzrostu liczby ludności.

Według przewidywań hiszpańskiej służby zdrowia, za 10 lat równowaga między lekarzami odchodzącymi na emeryturę a nowo wykształconymi zostanie naruszona i problem może być trudny do rozwiązania.

Władze służby zdrowia w wielu wspólnotach autonomicznych Hiszpanii już teraz poszukują lekarzy w Europie Wschodniej oraz w krajach Ameryki Łacińskiej. Szczególnie cenieni są polscy lekarze ze względu na swoje przygotowanie. Najbardziej poszukiwane specjalności to pediatrzy, chirurdzy, anestezjolodzy, radiolodzy, ginekolodzy i położne.

W Ekstremadurze już pracuje 20 polskich lekarzy, a liczba ta ma się zwiększyć w tym roku. Kastylia-La Mancha potrzebuje jeszcze co najmniej 30 lekarzy, a Katalonia - 60. Także Andaluzja i Wyspy Kanaryjskie poszukują lekarzy.

Polscy lekarze zatrudnieni w Hiszpanii są zadowoleni z oferowanych im tutaj warunków pracy. “Zarabiam więcej, a pracuję mniej” - powiedział Piotr Gierłowski, polski anestezjolog zatrudniony w jednym ze szpitali w Meridzie (Ekstremadura), przedtem pracujący w szpitalu warszawskim.

W Hiszpanii lekarze zarabiają średnio 3200 euro na miesiąc (bez dyżurów), ale wyjeżdżają do innych krajów, gdyż płace tam są jeszcze wyższe (w Wielkiej Brytanii specjalista może otrzymać trzy razy więcej), a kontrakty pewniejsze.

Wicekanclerz Niemiec i minister pracy Franz Muentefering (SPD) potwierdził w Berlinie, że niemiecki rynek pracy pozostanie jeszcze co najmniej przez trzy lata zamknięty dla pracowników z Polski i innych krajów, które 1 maja 2004 r. przystąpiły do Unii Europejskiej.

Skorzystamy z możliwości przedłużenia okresu ochronnego o kolejne trzy lata - powiedział Muentefering na spotkaniu z dziennikarzami z okazji pierwszych stu dni rządu Angeli Merkel.

Muentefering wyjaśnił, że ma upoważnienie rady ministrów do opracowania wniosku w tej sprawie i złożenia go najpóźniej w kwietniu w Brukseli. Wicekanclerz przypomniał, że po upływie trzech lat istnieje możliwość ponownego przedłużenia okresu ochronnego o dwa lata. Nie powiedział jednak, czy Niemcy skorzystają z tej możliwości. We wcześniejszych wypowiedziach sugerował, że jest to bardzo prawdopodobne.

Muentefering ocenił pozytywnie zmiany wprowadzone przez Parlament Europejski do unijnej dyrektywy usługowej. Pod naciskiem Niemiec i Francji parlament usunął w projektu zapis o tzw. kraju pochodzenia. Umożliwiał on firmom polskim świadczenie usług na terenie całej UE według przepisów obowiązujących w Polsce. Strona niemiecka twierdziła, że przyjęcie tej zasady oznaczałoby zgodę na “płacowy dumping” i obniżenie standardów socjalnych.

Wicekanclerz zastrzegł, że Niemcy wyrażą zgodę na uchwalenie dyrektywy usługowej tylko wtedy, gdy wcześniej wprowadzą obowiązujące na niemieckim rynku pracy płace minimalne. Musimy dysponować instrumentem, który zapobiegnie opanowaniu niemieckiego rynku usług przez firmy oferujące “dumpingowe ceny” - wyjaśnił.

Uczestniczący w konferencji prasowej szef SPD Matthias Platzeck powiedział, że SPS jest “socjalnym sumieniem” rządu koalicyjnego Merkel. Celem socjaldemokratów jest budowa “socjalnej Europy” - dodał. Koalicja CDU/CSU-SPD pod kierownictwem pani kanclerz Merkel rozpoczęła urzędowanie 22 listopada.

Polska firma wygrała batalię przed holenderskim sądem, po raz pierwszy udowadniając, że Holandia dyskryminuje usługodawców z nowych krajów członkowskich Unii Europejskiej, co jest sprzeczne z fundamentalną zasadą swobody świadczenia usług w UE.

W wydanym we wtorek 21 lutego wyroku sąd w Haarlem zgodził się z argumentami polskiej firmy remontowo-budowlanej z Kołobrzegu, że holenderscy inspektorzy pracy tak wykorzystują sprzeczne z prawem UE przepisy, że w gruncie rzeczy uniemożliwiają jej wykonanie usługi.

Firma ta w listopadzie 2004 r. dostała od holenderskiego przedsiębiorstwa zlecenie na remont domu pod Haarlem. Ośmiu Polaków pojechało do Holandii i wykonało prace zgodnie z zamówieniem. Dopiero ostatniego dnia robót wkroczyła inspekcja pracy, która zapytała, czy polska firma ma zezwolenie na wykonywanie usługi.

Firmie groziła kara w wysokości 8 tys. euro za brak wymaganego przez holenderskie prawo zezwolenia. Sąd uznał jednak, że kary nie będzie, a przy okazji zakwestionował cały system zezwoleń wydawanych firmom z nowych krajów członkowskich.

Sąd uznał argument, że takie zezwolenia są sprzeczne z obowiązującą w UE swobodą świadczenia usług zapisaną w art. 49 traktatu UE i orzecznictwem Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości (ETS) w Luksemburgu. Zdaniem sądu wymóg zezwoleń to dla usługodawców nadmierna i nieuzasadniona bariera - powiedział reprezentujący firmę mecenas Marcin Lewandowski.

Lewandowski przypomniał, że w latach 90. ETS uznał już za sprzeczny z zasadą swobody usług obowiązek uzyskania zezwoleń dla zagranicznych usługodawców we Francji. Tamten spór zakończył się zwycięstwem jednej z portugalskich firm.

W sprawie holenderskiego systemu zezwoleń dwukrotnie w zeszłym roku interweniowała Komisja Europejska, grożąc Holandii wniesieniem sprawy do luksemburskiego trybunału. 1 grudnia system zezwoleń zastąpiono tzw. notyfikacjami - teoretycznie wystarczy, że firma poinformuje odpowiedni urząd, że zamierza świadczyć usługę. Podwyższono za to kary za złamanie przepisów - do 8 tys. euro za jednego nielegalnie świadczącego usługi pracownika.

Zdaniem Lewandowskiego problem pozostaje nierozwiązany. System notyfikacji wiąże się dla przedsiębiorcy z dużym ryzykiem - uważa mecenas. Nie ma jasnych kryteriów, którymi przedsiębiorca mógłby się kierować, by odróżnić świadczenie usługi od wkroczenia na rynek pracy, do czego na razie Polacy nie mają prawa z powodu okresów przejściowych. Do czasu kontroli ze strony inspekcji pracy nie jest pewny, czy zapłaci karę 8 tys. euro, czy nie.

Lewandowski uważa, że holenderska regulacja wciąż jest sprzeczna z unijnym prawem, bowiem dotyczy tylko nowych krajów członkowskich, więc jest dyskryminująca. W dalszym ciągu mamy do czynienia z dyskryminacją, ponieważ firma francuska nie musi dopełniać obowiązku notyfikacji, natomiast firma polska - musi - powiedział prawnik.

Belgia nie otworzy w maju swojego rynku pracy dla obywateli nowych krajów członkowskich Unii Europejskiej - zapowiedział belgijski rząd. Nie poinformowano jeszcze, do kiedy w Belgii obowiązywać będą takie ograniczenia.

Do końca kwietnia wszystkie stare kraje członkowskie Unii muszą oficjalnie poinformować, czy utrzymają restrykcje ograniczające dostęp do swoich rynków pracy nowym obywatelom Wspólnoty. Wszelkie funkcjonujące umowy przejściowe w tym zakresie muszą być odnowione przed 1 maja lub automatycznie wygasną tego dnia.

Przedstawiciele rządu oceniają, że masowy napływ pracowników z państw Europy Środkowowschodniej, takich jak Polska - którzy godzą się pracować za minimalne stawki - mógłby spowodować wyparcie z belgijskiego rynku pracy samych Belgów.

W związku z takimi obawami przed otwarciem rynku pracy dla obcokrajowców, rząd Belgii zamierza wprowadzić specjalny elektroniczny system rejestracji wszystkich pracowników napływających z zagranicy.

Dominująca w belgijskim parlamencie Flamandzka Partia Liberalna premiera Guy Verhofstadta opowiada się za zniesieniem takich restrykcji dla zagranicznych pracowników, przeciwne temu są jednak mniejsze ugrupowania socjalistyczne.

Z raportu przeprowadzonego na zlecenie Centrum Równych Szans i Przeciwdziałania Rasizmowi (CEOOR) wynika, że w 2004 roku wydano w Belgii ok. 2400 pozwoleń na pracę dla obywateli Polski, Czech, Słowacji, Słowenii, Węgier, Łotwy, Litwy i Estonii. To o prawie pół tysiąca więcej niż w roku 2003.

Prezydent Lech Kaczyński oczekuje, że decyzje dotyczące dostępu dla Polaków do francuskiego rynku pracy zostaną podjęte podczas kwietniowej wizyty premiera Kazimierza Marcinkiewicza.

Po południu L.Kaczyński spotkał się z premierem Francji Dominique’em de Villepinem. Podczas rozmowy było znacznie więcej problemów gospodarczych, a nieco mniej politycznych - tak polski prezydent relacjonował spotkanie z de Villepinem.

Politycy rozmawiali o możliwości otwarcia francuskiego rynku pracy dla Polaków. Rozumiem, że dzisiaj nie ma decyzji, ale 3 kwietnia w Paryżu będzie premier Marcinkiewicz i oczekuję, że wtedy jakieś rozstrzygnięcia zapadną - powiedział prezydent. Według L.Kaczyńskiego francuski premier bierze pod uwagę polskie stanowisko.

Politycy rozmawiali także o dyrektywie usługowej liberalizującej rynek usług w Unii Europejskiej. Jak ocenił polski przywódca, ustalenia w niej zawarte “są nienajgorsze”. W interesie Polski jest to, żeby był wolny obrót usługami - dodał L.Kaczyński.

Polacy są chętnie przyjmowani do pracy w Irlandii. Z ostatnich danych Ministerstwa Pracy wynika, że zatrudnionych jest tam blisko 120 tys. naszych rodaków.

Jak twierdzi Janusz Grzyb - szef departamentu Rynku Pracy - Polacy uchodzą za bardzo przedsiębiorczy naród. Zatrudniani są głównie w budownictwie, w usługach, wielu z nich zakłada własne firmy. Dotyczy to zwłaszcza osób o wysokich kwalifikacjach i dobrej znajomości języka angielskiego.

Osoby gorzej wykształcone, nieznające języka, wykonują zazwyczaj prace pomocnicze. Do pracy w Irlandii wyjeżdża też wielu studentów. W ten sposób dorabiają sobie na opłaty za studia czy też zakup na przykład nowego komputera.

Bez przeszkód pracujemy też w Wielkiej Brytanii i Szwecji. Swoje rynki pracy dla nas mają wkrótce otworzyć Hiszpania, Finlandia, Norwegia i Grecja.

Natomiast w Austrii i Niemczech już zapadły polityczne decyzje o skorzystaniu z maksymalnych ograniczeń w dostępie do rynku pracy przez następne trzy lata, a póżniej, niewykluczone, jeszcze o dwa. Także Włosi, Portugalczycy i Duńczycy na razie nie szykują żadnych ułatwień. Ich rynki pracy będą dla nas zamknięte co najmniej przez trzy lata.

W ciągu ostatnich dni oszukanych zostały dziesiątki naszych rodaków. “Pani Kasia” - jak teraz przedstawia się oszustka - wabiła ich ofertą dobrej pracy. Zamiast tego zostali ograbieni - alarmuje “Super Express”.

W polskim konsulacie w Edynburgu co dzień pojawiają się nowi oszukani. Jest ich tylu, że konsul, Polska Misja Katolicka i Dom Sikorskiego nie nadążają z pomocą. “Kasia” vel “Magda” ograbiała już Polaków w Londynie. Wtedy przedstawiała się jako Krystyna. Londyńska policja zapewniała, że złapie oszustkę. Nie złapała.

Ostatnie ogłoszenia o pracy Szkocji oszustka zamieściła w minioną sobotę. “Pani Kasi” nikt nie widział, za to wielu zna jej głos. Przez ogłoszenia w polskiej prasie szuka chętnych do pracy w Szkocji. Wszyscy których przekona do przyjazdu, są ograbiani i pozostawieni na pastwę losu.

- To już plaga - skarży się Aleksander Dietkow, konsul generalny RP w Edynburgu. O pomoc zwróciło się do niego już niemal 100 osób. - Dziś w nocy przyszli kolejni oszukani. Pożyczamy pieniądze na powrót do kraju - tłumaczy konsul.

Artur Raczyński z Wałbrzycha od wielu lat szukał pracy. Dał się namówić “pani Kasi” na przyjazd. Artur namówił na wyjazd Dariusza Dmitrzaka, swojego bezrobotnego sąsiada. Z lotniska w Glasgow odebrało ich dwóch osiłków. Zostali zawiezieni do mieszkania. Tam wypełnili angielskie formularze i zapłacili za pośrednictwo. Wieczorem mieli zostać przetransportowani do miejsca zakwaterowania. Zamiast tego wyrzucono ich przy kościele.

Kilkakrotnie dzwonili do “pani Kasi”. Na początku udawała zdziwioną. Później odkładała słuchawkę. W sobotę Andrzej Raczyński, ojciec pana Artura, ponownie zadzwonił do Glasgow, udając zainteresowanego pracą. Nabór trwał.

“Super Express” zadzwonił w środę. Kobiecy głos poinformował, że nabór na razie jest skończony - To pani Magda. Mamy jej numer telefonu i numer rejestracyjny samochodu. Dziś spotykam się ze szkocką policją - mówi konsul Aleksander Dietkow. (PAP)

Policjanci z Koluszek (Łódzkie) zatrzymali 24-letniego mieszkańca Pabianic podejrzanego o oszustwa przy pośrednictwie pracy za granicą. Mężczyzna podawał się za obywatela Wielkiej Brytanii; policja szacuje, że oszukał ok. 30 osób.

Jak poinformował Arnold Lorenc z łódzkiej policji, mężczyzna przez kilka ostatnich tygodni organizował w Koluszkach spotkania w sprawie wyjazdu do pracy w Walii; zawsze towarzyszyła mu tłumaczka. Oferował załatwienie pracy przy sprzątaniu hipermarketów; kusił wizją pensji na poziomie ok. 4,5 tys. zł.

Przekonywał chętnych, że w Walii mieszka jego wujek, który w początkowej fazie pobytu miał “opiekować się” przyjezdnymi i w razie potrzeby pożyczyć gotówki na początek - dodał Lorenc.

Za pośrednictwo nie żądał pieniędzy. Miał sobie to nadrobić, oferując pomoc w załatwieniu tańszych biletów lotniczych. Gdy zbliżał się termin odlotu, brał zaliczki, ale biletów nie załatwiał. W ten sposób jedna oszukana kobieta straciła tysiąc złotych; inna osoba - 40 euro.

W mieszkaniu mężczyzny znaleziono laptopa, telefon komórkowy oraz deklaracje, które wypełniali uczestnicy spotkań. Policjanci podejrzewają, że oszukanych w ten sposób ludzi może być ok. 30.

Zdobyte w nieuczciwy sposób pieniądze 24-letni pabianiczanin wydawał na zabawę na dyskotekach. Po sprawdzeniu w kartotekach, okazało się, że jest on poszukiwany za oszustwa dokonywane także w innych regionach kraju. Grozi mu kara do 8 lat więzienia.

Niemiecki rząd zabiega o uproszczenie przepisów o ubezpieczeniu społecznym Polaków, zatrudnianych przy sezonowych pracach rolnych przez niemieckich farmerów - podał niemiecki tygodnik “Focus” w najnowszym wydaniu. Do negocjacji z polskimi władzami na ten temat ma dojść w przyszłym tygodniu w Warszawie.

Proponujemy Polakom składkę ryczałtową w wysokości od 50 do 100 euro od pracownika za cały sezon - powiedział “Focusowi” parlamentarny sekretarz stanu w ministerstwie rolnictwa Gerd Mueller. Takie rozwiązanie pozwoliłoby na ograniczenie biurokracji i ułatwiło tryb zgłaszania pracowników oraz odprowadzenia składki - wyjaśnił niemiecki urzędnik.

Do 1 maja 2004 r. polscy robotnicy sezonowi zwolnieni byli z obowiązku odprowadzania składek na Zakład Ubezpieczeń Społecznych (ZUS). Po przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej przepisy zmieniły się, jednak wielu niemieckich rolników nie dopełniło obowiązku zgłoszenia polskich pracowników do ZUS. Po kilkumiesięcznych negocjacjach Polska i Niemcy podpisały porozumienie, wprowadzające od 1 lipca 2005 r. obowiązek odprowadzania składek. Obie strony postanowiły, że niemieccy rolnicy nie muszą uiszczać zaległych składek.

Składka na ubezpieczenie emerytalne wynosi 47,85% płacy brutto, z tego 27,2% potrąca się pracownikowi z jego pensji, a resztę opłaca pracodawca.

Niemieccy farmerzy domagają się złagodzenia przepisów. Obawiają się dodatkowych kosztów oraz większej biurokracji. Nasi chłopi będą musieli wypełniać formularze w języku polskim, których nie są w stanie przeczytać - powiedział sekretarz stanu ds. Europy w rządzie krajowym Brandenburgii Gerd Harms. Strona niemiecka obawia się również, że nowe przepisy zniechęcą Polaków do pracy w Niemczech i skłonią ich do poszukiwania pracy w innych krajach - Wielkiej Brytanii, Holandii czy Szwecji, gdzie “nie przestrzega się tak dokładnie przepisów, jak w Niemczech”.

“Focus” przytacza wypowiedź jednego z brandenburskich farmerów, który od lat korzysta z pomocy Polaków przy zbieraniu szparagów. Z 400 polskich pracowników, do których napisał, 100 odpowiedziało, że w tym roku nie przyjedzie do pracy.

W ubiegłym roku pracowało w Niemczech na roli 324 tysięcy obcokrajowców. Większość z nich - ponad 270 tysięcy - pochodziło z Polski. Bez ich udziału przeprowadzenie zbiorów byłoby niemożliwe.

Niemiecki rząd wycofał się niedawno z wprowadzonych pod koniec ubiegłego roku ograniczeń dla pracowników sezonowych z Europy Środkowej i Wschodniej. W przypadku braku niemieckich rąk do pracy, farmerzy mogą zatrudniać bez ograniczeń obcokrajowców. Wcześniej rząd chciał ograniczyć liczbę zagranicznych pracowników do 80% zatrudnionych, aby skłonić do pracy niemieckich bezrobotnych.

Następna strona →