Hostel to w zasadzie jedyna alternatywa dla tych, którzy do Edynburga wybierają się pierwszy raz i nie mają tu znajomych, u których mogliby przenocować. Ceny zaczynają się od 10 Ł za miejsce w pokoju wieloosobowym. Kto może pozwolić sobie na większy wydatek, ma do wyboru pokoje dwuosobowe (przy czym można zapłacić za cały pokój i mieszkać w nim samemu). Zanim zapadnie decyzja, który hostel wybrać, radzę dobrze zastanowić się, co zamierzamy robić w Edynburgu radzi Ewa. Ponieważ ceny noclegu są porównywalne, warto zwrócić na lokalizację hostelu. Na początek osobiście polecam te w centrum. Chyba, że ktoś wie już gdzie będzie pracował wtedy lepiej wybrać hostel bliżej miejsca pracy. I jeszcze jedno. Lepiej nie przyjeżdżać w ciemno zwłaszcza w sezonie turystycznym. Większość hosteli prowadzi rezerwacje przez internet. To świetny pomysł, bo daje gwarancje, że po przyjeździe będzie na nas czekało łóżko, a nie wycieczka po wszystkich hostelach w mieście. Hostele w Edynburgu mimo, że często wskazywane jako odpowiedniki polskich schronisk młodzieżowych z reguły nie wprowadzają ograniczeń wiekowych dla lokatorów. Czasami zwłaszcza w sezonie mogą się zdarzyć, limity w długości pobytu.

Masz jeszcze kilka dni na zgłoszenie się za pośrednictwem strony internetowej www.seasonalwork.dk, jeśli chcesz podjąć pracę w rolnictwie podczas wakacji. Oferty związane są głównie ze zbieraniem warzyw i owoców. Prace trwają od maja do sierpnia przez 3-12 tygodni. Wynagrodzenie wynosi ok. 0,80 EUR/kg zbiorów. Nie licz specjalnie na wygody pracownicy kwaterowani są najczęściej na polu kempingowym, a praca rozpoczyna się już o 5.00 rano. Nie ma wymagań dotyczących języków obcych i doświadczenia. Wejdź na stronę www.seasonalwork.dk i kliknij na znajdujące się po lewej stronie okienko “On-line application form”. Wypełnij formularz w języku angielskim. Wpisujesz przede wszystkim swoje dane personalne, ale możesz podać także rodzaj pracy i termin, który najbardziej ci odpowiada. Jeśli znajdzie się chętny zatrudnić cię pracodawca, skontaktuje się z tobą.

Po lekarzach, pielęgniarkach i budowlańcach walizki zaczynają pakować polscy biznesmeni. Światowy gigant - Bank HSBC rusza w marcu z kredytami dla naszych przedsiębiorców. Będzie pożyczał im tysiące funtów, byleby tylko chcieli swoje firmy otwierać w Wielkiej Brytanii - pisze “Dziennik”. Prowadzenie biznesu będzie tam teraz łatwiejsze, choć już teraz jest proste jak bułka z masłem. Firmę zakłada się w Anglii nawet w 15 minut. Specjaliści są zgodni: przedsiębiorczy Polacy z Anglii nie wrócą do Polski, a polscy biznesmeni zaczną rozważać przeniesienie działalności na Wyspy Brytyjskie. Bank nie mógł sobie wymarzyć lepszego momentu na poprowadzenie polskiej ofensywy. Kilka dni temu rząd wyrzucił do kosza projekt ustawy, który miał ułatwić zakładanie firm. Wprawdzie obiecuje, że ma lepszy, ale nikt nie wie, co w nim jest. Dla biznesu to jasny sygnał: w Polsce robienie interesów staje się coraz trudniejsze. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Według raportu Banku Światowego jesteśmy na szarym końcu w rankingu państw przyjaznych biznesowi. Polska znalazła się dopiero na 75. miejscu, Wielka Brytania - na szóstym. Nic więc dziwnego, że od momentu wejścia Polski do Unii zarejestrowało się na Wyspach 40 tys. polskich firm. Teraz zauważył je brytyjski sektor bankowy. HSBC pierwszy postanowił zdecydowanie zawalczyć o pieniądze naszych rodaków. Jak dowiedział się “Dziennik”, w marcu uruchomi on w Londynie polskojęzyczną obsługę drobnych przedsiębiorców. Powstał już nawet “polski departament”. Oferta obejmuje tanie przelewy do Polski, opiekę doradcy, a także kredyt dla firm rozpoczynających działalność.

Wydłużenie czasu pracy konsulatów w niektórych krajach Unii Europejskiej, zwiększenie liczby etatów i utworzenie nowych placówek - przewiduje program na rzecz zwiększenia opieki nad Polakami pracującymi za granicą “Bliżej pracy, bliżej Polski”. Założenia programu, opracowanego przy udziale dziewięciu resortów, przedstawił szef Komitetu Stałego Rady Ministrów Przemysław Gosiewski. Mamy środki w budżecie, jest przygotowanie logistyczne i organizacyjne - powiedział. Zwiększona zostanie obsada stanowisk konsularnych m.in. w Londynie, Dublinie, Edynburgu, Oslo, Brukseli, Madrycie i Atenach - łącznie o 25 etatów. Konsulaty w Dublinie, Londynie i Oslo zmienią swoje siedziby, gdyż - jak powiedział wiceminister spraw zagranicznych Paweł Kowal - dotychczasowe siedziby były dostosowane do potrzeb Polaków wyjeżdżających do tych krajów przed poszerzeniem UE. Wiceminister pracy i polityki społecznej Kazimierz Kuberski poinformował, że w ośmiu państwach UE przy polskich konsulatach będzie pracował także przedstawiciel resortu pracy. Chodzi o Wielką Brytanię, Irlandię, Niemcy, Holandię, Włochy, Francję, Hiszpanię i Norwegię. Wybrano te kraje, w których zarejestrowano co najmniej 30 tys. zatrudnionych Polaków. Tegoroczny budżet programu ma wynieść 25,6 mln zł. Jednocześnie trwają prace nad strategią, która ma zachęcić Polaków pracujących za granicą do powrotu. Jej założenia zostaną przedstawione we wrześniu przez powołany do tego międzyresortowy zespół do spraw migracji. Mają one obejmować - jak powiedział minister Gosiewski - m.in. zmianę prawa budowlanego, wprowadzenie ułatwień w dostępie do niektórych zawodów oraz ułatwienia w działalności gospodarczej. Wiceminister Kuberski zaznaczył, że ograniczenia w dostępie do rynku pracy do roku 2011 zachowają najprawdopodobniej Niemcy i Austria. Pozostałe państwa, które dotychczas nie zniosły wszystkich ograniczeń, zniosą je prawdopodobnie 1 maja 2009 roku. Zastrzeżenia resortu pracy i polityki społecznej budzi - jak powiedział wiceminister Kuberski - dyskryminacja polskich stażystów we Francji oraz sposób kontroli legalności zatrudnienia w Niemczech. Kontrolujący funkcjonariusze są umundurowani, uzbrojeni, uważamy, że to nie powinno mieć miejsca - powiedział Kuberski. Trwają także rozmowy z krajami UE o unikaniu podwójnego opodatkowania. Podejmowane są także działania na rzecz oświaty polonijnej i wprowadzenia języka polskiego i kultury narodowej do szkół miejscowych. Od 1 maja 2004 roku, czyli od momentu przystąpienia Polski do UE, do państw Unii wyemigrowało od 1,2 do 1,5 mln osób, najwięcej do Niemiec, Wielkiej Brytanii i Irlandii.

W czerwcu i we wrześniu pierwsi górnicy ze Śląska wyjadą do pracy przy kopaniu tuneli w Hiszpanii, w Autonomicznym Kraju Basków - informuje “Dziennik Zachodni”. Baskowie potrzebują naszych górników do realizacji trzech dużych inwestycji. Pierwsza to metro w Bilbao. Drugą jest budowa autostrady, która w 70% będzie przebiegała pod ziemią. Trzecia to tzw. Y baskijski. W Hiszpanii rozpiętość szyn jest inna niż w całej Europie. “Y baskijski” to inwestycja polegająca na budowie nowej sieci kolei żelaznej, z rozpiętością szyn taką samą jak w innych krajach Europy. 60% prac będzie prowadzonych pod ziemią, pod górami - mówi Xabier Orametxea, prezes baskijskiej fundacji Ekialde, której celem jest współpraca z krajami Europy Środkowowschodniej. Prezes dodaje, że górnicy, którzy pojadą pracować do jego kraju na pewno szybko nauczą się języka i jeżeli spodoba im się w kraju Basków mogą tam sprowadzić rodziny i zamieszkać na stałe. Zresztą, brakuje tam nie tylko górników. Gdy jechałem na Śląsk, telefonował do mnie jeden z naszych przedsiębiorców, który prosił o pomoc w rekrutacji do pracy stolarzy - mówi Orametxea. W ubiegłym roku 4 tys. stanowisk w kraju Basków nie zostało obsadzonych, ponieważ brakuje tam fachowców w różnych dziedzinach. Najczęściej są to lekarze oraz osoby z technicznym wykształceniem.

Brytyjscy pracodawcy wolą zatrudniać Polaków i innych imigrantów niż własnych rodaków - wynika z najnowszego sondażu Brytyjskiej Izby Handlu (BCC), o którym informuje “Życie Warszawy”. BCC zbadała nastawienie do imigrantów wśród właścicieli małych i średnich przedsiębiorstw. Trzy czwarte badanych przedsiębiorców podkreśla, że obecność imigrantów jest korzystna dla brytyjskiej gospodarki, i chce, by rząd ułatwił przyjazdy kolejnym. Połowa przedsiębiorców przyznaje, że zatrudniła m.in. Polaków, bo nie mogli na wolne miejsca pracy znaleźć Brytyjczyków o odpowiednich wykształceniu i umiejętnościach. Według dziennika “The Guardian” te badania po raz kolejny podważają reputację rodzimej siły roboczej i pokazują obawy angielskich pracodawców co do efektywności nauczania i zdobywania umiejętności praktycznych przez początkujących pracowników - czytamy w “Życiu Warszawy”.

Tyle - przynajmniej - możesz dostać w ciągu roku z irlandzkiego budżetu, jeśli masz jedno dziecko. Przy kolejnych kwoty te rosną. Na pieniądze mogą liczyć także ciężarne. A co najważniejsze - pieniądze te należą ci się niemal od pierwszego dnia pracy. Irlandia wprowadziła “okres przejściowy” na dostęp do świadczeń socjalnych, ale wyłączyła z tej grupy zasiłki na dzieci. Jeśli więc podpiszesz legalny kontrakt, jak najszybciej złóż wniosek o wypłacanie świadczenia, które w Irlandii - podobnie, jak w Wielkiej Brytanii - nosi nazwę Child Benefit! Ile możesz dostać? To zależy od tego, ile masz dzieci. Na pierwszą i drugą pociechę co miesiąc będziesz dostawać po 150 euro. Na trzecie i każde kolejne - po 185 euro miesięcznie. Rachunek jest więc prosty. Rodzina z jednym dzieckiem w ciągu roku dostanie od państwa 1800 euro, z dwójką - 3600, a z trójką - 5820 euro! Pieniądze to - zwłaszcza w porównaniu z polskimi świadczeniami rodzinnymi - niebagatelne i warto dopełnić kilku formalności, żeby je otrzymać. To jednak nie wszystko, na co możesz liczyć. Jeżeli macie bliźniaki, co miesiąc będziecie dostawać 150 proc. kwoty przysługującej na każde dziecko (czyli w sumie 450 euro zamiast 300, jak w przypadku dwójki dzieci w różnym wieku). Co więcej, matka która spodziewa się maluchów i wie, że jest to ciąża mnoga, może otrzymać specjalny dodatek. Jeżeli masz dziecko w wieku przedszkolnym (do 6 lat) i pobierasz Child Benefit, automatycznie zostanie ci przyznane jeszcze jedno świadczenie w wysokości 1000 euro rocznie (pieniądze wypłacane są raz na kwartał). Child Benefit dostanie rodzic lub opiekun prawny dziecka, które nie ukończyło jeszcze 16-go roku życia. Jeżeli jednak twoja pociecha będzie się nadal uczyć, możesz otrzymywać świadczenie nawet do momentu ukończenia przez nią 19 lat (pod warunkiem, że nauka odbywa się w trybie dziennym, przy czym nie ma znaczenia rodzaj szkoły). Aby dostawać Child Benefit jedno z rodziców musi legalnie pracować w Irlandii, być ubezpieczonym i posiadać numer PPS. I tu ważna informacja: do zasiłków ma prawo każda rodzina, niezależnie od wysokości dochodów. Jeżeli jednak pobieracie świadczenie rodzinne w innym kraju Unii Europejskiej (np. w Polsce), irlandzki Child Benefit dostaniecie pomniejszony o kwotę, jaką dostajecie za granicą. Uwaga! Dziecko może przebywać na terenie dowolnego kraju UE pod opieką jednego z rodziców. Jeśli oboje jesteście w Irlandii, dziecko musi być razem z wami i musicie ten fakt udokumentować przedstawiając np. zaświadczenie od lekarza pod opieką którego jest wasza pociecha lub z policji. Rozpatrzenie wniosku może trwać nawet 9 (!) miesięcy. Wszystko przez to, że - jeśli jedno z rodziców przebywa poza Irlandią. Jednak kiedy już Social Welfare przyzna ci prawo do świadczenia, otrzymasz wyrównanie Child Benefit od dnia złożenia wniosku. Wniosek otrzymasz w biurze Social Welfare lub ściągniesz ze strony www.welfare.ie (wybierz zakładkę “forms”, następnie kliknij na “C” i kolejno na “Child Benefit (Up to Age 16) - Form CB 1″ lub “Child Benefit (Aged 16 or Over) - Form CB 2″ (CB 1 - dzieci do 16-go roku życia, CB 2 - powyżej 16-tu lat). Dodatkowo potrzebne będą: akty urodzenia dzieci; zaświadczenie od twojego irlandzkiego pracodawcy, w którym poda on datę twojego zatrudnienia oraz klasę ubezpieczenia jakim jesteś objęty.

Już teraz w 1400 duńskich firmach możesz podjąć pracę bez starania się o zezwolenie. Poza tym, jeśli nadal jesteś zameldowany w Polsce, możesz skorzystać z wysokich odpisów, co de facto często oznacza niepłacenie w Danii podatków. Warunkiem uzyskania pozwolenia na pracę jest posiadanie konkretnej oferty zatrudnienia. Wnioski rozpatruje Urząd Imigracyjny (Udlandingeservice). Można je składać również w Polsce, za pośrednictwem Ambasady Królestwa Danii. W większości przypadków czynności związane z wysyłaniem dokumentów biorą na siebie pracodawcy. Średni czas oczekiwania na decyzję to 30-60 dni. Można i bez zezwolenia Pamiętaj, że pozwolenie na pracę dotyczy tylko jednego, konkretnego pracodawcy i wyklucza podjęcie dodatkowego zatrudnienia w innej firmie. Każda zmiana miejsca pracy wymaga nowego pozwolenia. Jeżeli przepracujesz w Danii 12 miesięcy, możesz otrzymać specjalne, 4-letnie zezwolenie, które pozwala na zmienianie pracodawców bez konieczności dokonywania nowych formalności. Duńskie prawo dopuszcza także zatrudnianie Polaków bez pozwolenia. Ale tylko w tych firmach, które posiadają status forhandsgodkendt. Dziś jest ich 1400. Aktualny spis takich przedsiębiorstw znajdziesz na www.nyidanmark.dk/resources.ashx/Resources/Publikationer/Andet/2006/forhaandsgodkendelser.xls. Formalności na miejscu Pierwszą rzeczą, którą musisz zrobić po przyjeździe do Danii, jest zgłoszenie tego faktu w urzędzie gminy (Folkeregister). Będziesz tam musiał wypełnić odpowiedni formularz i podać urzędnikom swój adres zamieszkania. Pozwolenie na pracę - wydane przez Urząd Imigracyjny - odbierzesz na posterunku policji w okolicach miejsca zatrudnienia. Po uzyskaniu zezwolenia i rejestracji w Folkeregister w ciągu tygodnia otrzymasz pismo o nadaniu osobistego numeru ewidencyjnego cpr. nr. Następnie z numerem tym i kopią kontraktu udasz się do urzędu podatkowego Skat. Tam otrzymasz kartę podatkową i numer Kildeskattennummer, na podstawie którego założysz konto w banku. Prawo do odpisu Jeśli posiadasz stały meldunek w Polsce i jednocześnie pracujesz w Danii, masz prawo do wysokiego odpisu podatkowego. Kwalifikują się do niego osoby, którym praca uniemożliwia nocleg w domu. Trzeba tu spełnić kilka dodatkowych warunków. Po pierwsze, twoja umowa o pracę być musi zawarta na czas określony, ale nie dłuższy niż rok. Po drugie - pracodawca nie może zapewniać bezpłatnego zakwaterowania i wyżywienia. Dokumenty potwierdzające stały polski meldunek - przetłumaczone na duński lub angielski - należy przedstawić w urzędzie podatkowym. Podatkowe wakacje Sam odpis delegacyjny (na jedzenie i zakwaterowanie) to aż 596 koron dziennie. Do tego dochodzi jeszcze tzw. odpis osobisty (personfradrag) - ok. 105 koron dziennie (38,5 tys. koron rocznie). Odpisy te przysługują jednak tylko przez pierwszy rok zatrudnienia w Danii. Osoby, które mają do nich prawo i zarabiają nie więcej niż 23 tys. koron miesięcznie praktycznie nie płacą podatku. Jedynym świadczeniem na rzecz państwa, jakie wtedy ponoszą jest 8-procentowa składka na cele socjalne. Na dodatkowy odpis befordringsfradrag mogą liczyć osoby dojeżdżające do pracy powyżej 25 km (w obie strony). Jest to 1,78 korony za każdy dodatkowy kilometr powyżej 25 km.

“Polacy uciekają z Włoch” - powiedziała nam Danuta, Polka która od 10-ciu lat mieszka w Rzymie. Wie co mówi, bo jako ekspedientka w polskim sklepie codziennie spotyka się z naszymi rodakami. Rzym to nie Londyn. Sklepów z polskimi towarami jest tylko kilka i z trudem zdobywają klientelę. Najbardziej znany jest kram przy ulicy Vespaziano nr 30, położony tuż przy murach Watykanu. Tutaj właśnie pracuje Danuta. Towar ten sam co w Londynie: polskie specjały, wędliny, sery, konserwy, słodycze, alkohol (w tym piwo po 2 euro za puszkę) i oczywiście polska prasa. Częstymi gośćmi bywają polskie siostry rezydujące na stałe w piotrowej stolicy. Kupowały tu także za czasów naszego papieża - i być może jakieś artykuły trafiły na jego stół, ale nikt nie może dzisiaj tego potwierdzić. Danuta martwi się, że liczba klientów od jakiegoś czasu nie rośnie. - Nowi przybywają, ale już nie tak tłumnie jak kiedyś. Zaś ci, którzy mieszkali tu i pracowali od lat, powoli wyprowadzają się. Lecz nie z powrotem do Polski, lecz do innych, atrakcyjniejszych zarobkowo krajów. Głównie do Anglii i Irlandii. Według Danuty zeszłoroczne uwolnienie rynku pracy niczego nie zmieniło. Nadal zdecydowana większość Polaków pracuje w Rzymie na czarno. Bo włoscy pracodawcy są skąpi i nie chcą płacić za nas podatków ani składek ubezpieczeniowych. Polki pracują w Rzymie przede wszystkim jako opiekunki i gosposie. Zarabiają 500-1000 euro miesięcznie. Jako sprzątaczki mogą “wyciągnąć” nawet do 8 euro za godzinę, ale nie jest to praca na etat, lecz po 2-3 godziny w danym mieszkaniu i potem trzeba jechać do innego. Bywa, że na drugi koniec miasta. Natomiast mężczyźni imają się głównie prac na budowie. Tam też zazwyczaj nie mogą liczyć na oficjalny angaż. Ostatnio wiele strachu napędzają naszym rzymskim rodakom przybywający licznie do Włoch mieszkańcy Rumunii i Bułgarii. Teraz, gdy oba te kraje należą już do Unii, nikt nie może ich karnie deportować.

Kopenhaski dziennik “Politiken” opublikował artykuł o niebezpiecznych warunkach, w jakich pracuje w Danii część polskich robotników. Dziennik, powołując się na informacje otrzymane z polskiej ambasady, podaje, że co najmniej pięciu polskich pracowników zatrudnionych przed duńskie firmy poniosło w ubiegłym roku śmierć lub uległo poważnym wypadkom, których skutkiem było kalectwo i pełna utrata zdolności do pracy. Liczba ofiar jest zatrważająca - ocenił KurtHedemand, przedstawiciel F3 (Fagligt Faelles Forbund - Zjednoczonego Związku Zawodowego), największej duńskiej organizacji pracowniczej. Nie ma wątpliwości, że ludzie ci w obawie przed utratą pracy, podejmują się zadań, nie zwracając uwagi na zasady bezpieczeństwa, co wykorzystują pracodawcy - uważa Hedemand. Wypadkowość jest tradycyjnie największa w budownictwie i rolnictwie, czyli w tych sektorach, w których znajduje zatrudnienie największa liczba polskich obywateli. Dodatkowo, jak twierdził Hedemand, zagrożenie życia i zdrowia polskich pracowników zwiększa w budownictwie np. fakt, że decydują się oni “na pracę na takich rusztowaniach, na które Duńczycy by się nie zgodzili”. Według niego, w rolnictwie Polacy np. “używają chemikaliów lub maszyn bez umiejętności nawet przeczytania instrukcji obsługi”. Poza wyliczonymi najcięższymi przypadkami obrażeń poniesionych przez obywateli polskich w czasie pracy w Danii, wielu z nich odnosi mniejsze urazy, np. kręgosłupa czy utratę palców. “Pracodawcy często nawet nie zgłaszają podobnych zdarzeń a pracownicy, nie znający swych praw, nie otrzymują odszkodowań” - konkluduje dziennik. Tekst kończy apelem do czytelników o zgłaszanie znanych im wypadków, których ofiarami stali się pracownicy przybyli ze “wschodnich” krajów.

Następna strona →