kwi
30
W ogromnej rzeźni firmy Toennies w Niemczech za 3,5 euro za godzinę haruje kilkuset Polaków. Wyłącznie nocami, od 18 do 6 rano. Siedem dni w tygodniu w przejmującym chłodzie. Nadzorują ich Polacy - pisze “Gazeta Wyborcza”. Pracują legalnie. Do Niemiec wysłali ich polscy pośrednicy, firmy mięsne IRC Czupryńscy z Nakła i Agro Visbek z Bydgoszczy. Mieli pracować jako pakowacze w wielkim zakładzie Toennies w Rheda-Wiedenbruck pod Bielefeld w zachodnich Niemczech z miesięczną pensją od 700 do 1000 euro na rękę. I miały być godziwe warunki pracy. Czar prysł pierwszego dnia. Jednej osobie daje się pracę, do której potrzeba trzech ludzi - opowiada gazecie Przemek. Nielicznym, którym udaje się wyrobić normę, Toennies obiecała po 4 euro za godzinę, tym, którzy przerobili mniej mięsa - 3,5 euro, więc miesięcznie, pracując po 12 godzin na dobę, powinni dostawać znacznie ponad 1 tys. euro. Nie dostajemy tyle. Płacą nam w zależności od tego, ile mięsa przerobi się na zmianie. Najlepsi dostają po 800-900 euro miesięcznie - mówi Jarek spod Bydgoszczy. Poza plastikowymi butami odparzającymi stopy i cienkimi fartuchami fabryka nie dała Polakom żadnej odzieży roboczej, a temperatura przy taśmach z mięsem nie przekracza kilku stopni - pisze gazeta.
kwi
26
1 maja Holandia otwiera rynek pracy dla krajów, które wstąpiły do Unii Europejskiej w 2004 roku. Jak zapowiedział minister spraw socjalnych i zatrudnienia Piet Donner, jutro w holenderskim dzienniku ustaw zostanie opublikowana decyzja rządu Holandii w tej sprawie. Janusz Grzyb, dyrektor w departamencie migracji w Ministerstwie Pracy i Polityki Społecznej, podkreślił, że Polacy byli obecni na holenderskim rynku pracy od wielu lat. Nie zawsze jednak respektowali zasady związane z legalnym pobytem i legalnym zatrudnieniem. Otwarcie holenderskiego rynku pracy rozwiąże ten problem - uważa Janusz Grzyb. Od 1 maja Polacy nie będą już musieli uzyskiwać zezwoleń na pracę.
kwi
24
Niemcy nie są już atrakcyjnym rynkiem pracy sezonowej dla Polaków informują przedstawiciele Centralnego Urzędu Pośrednictwa Pracy w Bonn. Nasi rodacy wolą zbierać truskawki w Wielkiej Brytanii, czy winogrona we Francji, niż szparagi za Odrą. Właśnie rozpoczął się sezon zbioru, tymczasem niemieckim rolnikom brakuje rąk do pracy. Urzędy pracy wydały w połowie kwietnia pozwolenia na pracę sezonową dla około 100 tys. polskich pracowników. To o prawie 50 tysięcy mniej niż w 2004 roku, który był rekordowy pod tym względem. - Taka sytuacja wynika przede wszystkim z przepisów. Niemieckie ministerstwo rolnictwa utrzymało w mocy wprowadzone rok temu przepisy zobowiązujące farmerów do zarezerwowania co najmniej 20 procent miejsc dla niemieckich bezrobotnych. Kłopot w tym, że są trudności z ich znalezieniem twierdzi Julia Watrinet, rzeczniczka Centralnego Urzędu Pośrednictwa Pracy w Bonn. Regionalne urzędy pracy mogą, w przypadku braku wśród Niemców chętnych do pracy, obniżyć ten próg do 10 procent. Urzędy otrzymały polecenie, by jak najszybciej rozpatrywać wnioski rolników o zatrudnienie dodatkowych obcokrajowców. Niezależnie od tego jak bardzo przepisy są restrykcyjne, Polacy wolą pracować w Wielkiej Brytanii, czy Irlandii. W ubiegłym roku w Niemczech pracowało 230 tysięcy robotników sezonowych z Polski. - W tych krajach rynki pracy są bardziej otwarte, a zarobki wyższe twierdzi Józef Olszyński, kierownik wydziału promocji, handlu i inwestycji ambasady polskiej w Berlinie. Jak podał niemiecki dziennik “Maerkische Allgemeine”, zatrudnieni przy zbiorze szparagów otrzymują 5,20 euro na godzinę. Taka stawka dotyczy Niemców i Polaków. Ci pierwsi otrzymują jednak od Agencji Pracy dodatkowo 18 euro dziennie. Niemiecki rynek pracy jest zamknięty dla pracowników polskich co najmniej do końca kwietnia 2009 roku. Praca sezonowa przez maksymalnie cztery miesiące w roku stanowi wyjątek od tej reguły. Przepisy unijne dają stronie niemieckiej możliwość przedłużenia blokady rynku pracy do 2011 roku, jednak wymaga to uzasadnienia, które rozpatrzy Komisja Europejska.
kwi
24
Wielu pracujących legalnie w Wielkiej Brytanii Polaków chciałoby wrócić do kraju, ale boi się urzędników skarbowych. Ci zaś zapowiadają, że będą się przyglądać dochodom rodaków nawet za granicą - pisze “Rzeczpospolita”. Urzędnicy skarbowi dowiadują się o zagranicznych zarobkach w różny sposób. Najczęściej kontrolują je wtedy, gdy podatnik wraca do kraju i kupuje mieszkanie czy ziemię. Ponieważ pojawia się pytanie, skąd miał pieniądze, kontrola jest pewna. Do jej przeprowadzenia prowokują też donosy. Tylko w Wielkiej Brytanii pracuje legalnie już prawie pół miliona Polaków. Do 1 stycznia 2007 r. każdy z nich, jeśli miał stałe miejsce zamieszkania w kraju, powinien płacić podatek dochodowy także w Polsce. Ze statystyk Ministerstwa Finansów wynika, że zrobił to tylko co piąty. Pozostali woleli nie ujawniać się i nie oddawać fiskusowi swoich oszczędności. Prawo, które weszło po Nowym Roku, nie zwalnia z zapłaty podatku za poprzednie lata. Ktoś, kto zdecyduje się wrócić z zagranicy, powinien zatem złożyć zeznanie nie tylko za 2006 r., lecz także, jeśli tego nie zrobił wcześniej, za lata ubiegłe. Nie ma co liczyć na abolicję podatkową - przestrzega “Rzeczpospolita”.
kwi
19
Myślisz o wyjeździe latem do kraju zwanego Celtyckim Tygrysem Europy? Już najwyższy czas zacząć działać! Pomimo, że Irlandia ma najniższe w Europie bezrobocie i oferuje mnóstwo możliwości podjęcia pracy sezonowej, wielu Polaków nie znajduje nic dla siebie. Północ czy południe? O pracę sezonową na Zielonej Wyspie najłatwiej w branży gastronomicznej, turystyczno-hotelowej i budowlanej. W tej pierwszej najlepiej szukać zatrudnienia w dużych miastach jak Dublin, Cork, Limerick, Galway, Waterford, gdzie jest największa liczba restauracji i barów szybkiej obsługi. Turystyka najlepiej rozwinięta jest na południu kraju, w regionach South-West i South-East, ale też w środkowej części Wyspy (Midlands), która jest krainą jezior. Regiony południowe to jednak przede wszystkim świetnie rozwinięta gospodarka. Znajduje się tu wiele firm m.in. w branżach: elektronicznej, farmaceutycznej i spożywczej. To tu najłatwiej o pracę przy taśmie. Warto też rozejrzeć się za robotą w przetwórstwie, które jest poważną gałęzią irlandzkiej gospodarki. Większość firm w tym sektorze to małe przedsiębiorstwa zatrudniające do 50 osób, ale w sezonie urlopowym potrzebują tam dodatkowych rąk do pracy. Na budowę czy w pole? Branżą świetnie prosperującą nieomal w całej Irlandii jest budownictwo. To praca od kwietnia do października. Trzeba jednak pamiętać, że aby ją wykonywać, konieczne jest przejście kursu Safe Pass (odpowiednik naszego BHP). Trwa on jeden dzień i kończy się egzaminem. Szkolenia przeprowadzane są także po polsku, a ich koszt wynosi 120-150 euro. Z budownictwem związany jest jeszcze jeden problem otóż nie tak łatwo jest się “wkręcić” na budowę. Na wielu pracują już Polacy, którzy niechętnie witają nowych twierdzi Marek, który w zeszłym roku szukał zatrudnienia w tej branży. Często za załatwienie roboty żądają kasy albo odstępnego. Jeśli się zbuntujesz, doniosą na ciebie szefowi. Rolnictwo to z kolei branża najbardziej kojarząca się z pracą sezonową. Ale o pracę wcale nie jest tak łatwo, m.in. z powodu dużego zmechanizowania. Jeśli jednak koniecznie chciałbyś podjąć zatrudnienie właśnie w tym sektorze, kieruj się na północ kraju, w regiony West i Border (North-West). Stosunkowo najłatwiej jest coś znaleźć przy hodowli, np. koni lub owiec, albo w rybołówstwie. Problemu ze znalezieniem wakacyjnej pracy w Irlandii nie będą mieć natomiast nauczyciele języka angielskiego. Właśnie latem prowadzonych jest najwięcej kursów językowych. Niestety to praca tylko dla wybranych, posiadających odpowiednie kwalifikacje.
kwi
19
Masz kilka wolnych tygodni i trochę pieniędzy do wydania? Pomyśl o wyjeździe na kurs angielskiego do Wielkiej Brytanii. Żeby obniżyć koszty, możesz połączyć naukę z pracą. Coraz więcej szkół oferuje bowiem zajęcia wieczorowe… Niestety, takie wakacje do tanich nie należą. Plusem skorzystania z oferty biura pośredniczącego w załatwianiu wyjazdów na kursy językowe, jest to, że nie musisz w zasadzie o nic się martwić. Jeśli zapłacisz odpowiednio dużo, jedynym problemem może być spakowanie walizki i dojazd na lotnisko. Dalej już organizatorzy “poprowadzą cię za rączkę”. Jeszcze w Polsce czekać będzie na ciebie koordynator z biura, który pomoże załatwić ci formalności na lotnisku, a na miejscu odtransportuje cię do miejsca, które na najbliższe tygodnie stanie się twoim domem. Jeśli wybierzesz zakwaterowanie u angielskiej rodziny goszczącej, będą na ciebie czekały także posiłki (najczęściej śniadanie i obiadokolacja). Ile kosztuje taka przyjemność? Sporo… Cena zależy jednak nie tylko od długości pobytu (wyjazdy są zwykle minimum dwutygodniowe), ale także od tego, jaki kurs wybierzesz. Możesz postawić na naukę i chodzić na kurs intensywny, normalny, albo wieczorowy. Istotne jest też to, czy zamierzasz dokształcać się z angielskiego ogólnego, czy interesuje cię kurs specjalistyczny. I tu do wyboru prócz tradycyjnych, biznesowych czy dla lekarzy, są także propozycje dla nauczycieli, kandydatów na opiekunów (dzieci i osób starszych), kelnerów, barmanów, różnego rodzaju urzędników… Jeśli znasz już trochę angielski, a największy problem sprawiają ci nie gramatyczne regułki, ale mówienie, postaw na konwersacje.
kwi
19
Wszystko zależy od tego, w jakim charakterze chcesz pracować. Jeżeli stawiasz na puby, kawiarnie i restauracje, albo hotele, jedź do dużego miasta (np. Edynburg czy Glasgow). Jeżeli jednak wolisz robić jako “fizyczny”, rozejrzyj się w okolicach, po mniejszych miejscowościach, tzw. satelitach. To właśnie tam usytuowanych jest najwięcej różnego rodzaju fabryk, zakładów przetwórczych czy wielkich hurtowni i centrów spedycyjnych. Nieważne jednak gdzie i jako kto chcesz pracować, Szkoci wszystkim stawiają podstawowy warunek trzeba znać choć trochę angielski, by się z nimi dogadać! Szkoci zaczęli bardziej krytycznie przyglądać się kandydatom. I coraz częściej potrafią podziękować komuś, kto nie mówi po angielsku więcej niż kilka zdań. Szkoci są raczej pozytywnie nastawieni do “obcych”. Wielu z nich przekonało się już, że Polacy są naprawdę dobrymi pracownikami i można na nich liczyć. Dlatego, chętnie nas zatrudniają. Staliśmy się najliczniejszą grupą obcokrajowców, którzy zdecydowali się zamieszkać tutaj ostatnimi czasy. Bez trudu spotkasz tu innych rodaków, znajdziesz polski sklep, trafisz na polską mszę, albo na kurs angielskiego prowadzony w języku polskim. Jak wszędzie brakuje tu różnego rodzaju specjalistów (choćby przy wydobyciu ropy naftowej i gazu ziemnego z szelfu Morza Północnego centrum dyspozycyjne w Aberdeen, rafineria w Grangemouth). Zwłaszcza wysokiej klasy. Od takich jednak prócz odpowiednich kwalifikacji i najlepiej także niezłego doświadczenia wymagany jest także niemal perfekcyjny angielski. Coraz więcej pojawia się także ofert dla nauczycieli także tych nie władających biegle językiem. Jeżeli ktoś nie ma wystarczających kwalifikacji, by samodzielnie pracować z dziećmi, zostanie na początek tzw. nauczycielem pomocniczym.
kwi
17
Ze względu na lepsze warunki pracy w innych krajach Unii Europejskiej, Polacy są coraz mniej zainteresowani pracą sezonową w Niemczech. Niemieccy farmerzy skarżą się na brak rąk do pracy przy rozpoczętych w kwietniu zbiorach szparagów. Polacy coraz częściej omijają Niemcy, kierując się w stronę Wielkiej Brytanii, Irlandii i innych krajów, gdzie rynki pracy są otwarte, a zarobki wyższe - powiedział Józef Olszyński, kierownik wydziału promocji handlu i inwestycji ambasady Polski w Berlinie, przedstawiając raport na temat polsko-niemieckich stosunków gospodarczych w 2006 roku. Jednym z powodów jest też zmniejszająca się różnica w przeciętnych zarobkach w Polsce i Niemczech, wynosząca obecnie jeden do trzech lub czterech. Z danych przedstawionych przez ambasadę wynika, że w roku ubiegłym w Niemczech pracowało 230 tysięcy robotników sezonowych z Polski. W rekordowym roku 2004 w niemieckim rolnictwie zatrudnionych było 280 tysięcy Polaków. Do połowy kwietnia tego roku niemieckie urzędy pracy wydały pozwolenia na pracę sezonową około 100 tysiącom polskich pracowników - o prawie 50 tysięcy mniej niż trzy lata temu o tej porze - poinformowała rzeczniczka Centralnego Urzędu Pośrednictwa Pracy w Bonn Julia Watrinet. Wielu pracowników, do połowy kwietnia ponad 10 tysięcy, odwołało w ostatniej chwili swój przyjazd - dodaje rzeczniczka. Niemieckie ministerstwo rolnictwa utrzymało w tym roku w mocy wprowadzone rok temu przepisy zobowiązujące farmerów do zarezerwowania co najmniej 20 procent miejsc pracy dla niemieckich bezrobotnych. Regionalne urzędy pracy mogą jednak, w przypadku braku wśród Niemców chętnych do pracy, obniżyć ten próg do 10 procent. Urzędy otrzymały polecenie, by wykazywać elastyczność i szybko rozpatrywać wnioski rolników o zatrudnienie dodatkowych obcokrajowców - poinformował resort rolnictwa. Jak podał dziennik “Maerkische Allgemeine”, zatrudnieni przy zbiorze szparagów dostają - zarówno Polacy, jak i Niemcy - 5,20 euro na godzinę. Pracownicy niemieccy otrzymują jednak od Agencji Pracy dodatkowo 18 euro dziennie. Gazeta opisuje sytuację w liczącym 16 hektarów gospodarstwie w Rehagen w Brandenburgii. Właściciel farmy szparagów miał w tym roku poważne trudności ze skompletowaniem grupy pracowników z Polski do pracy przy żniwach - czytamy. Tylko dzięki pracującej od wielu lat w tym gospodarstwie Polce Lidii Wojtasińskiej udało się “zorganizować” odpowiednią ekipę. Niemieccy bezrobotni porzucają najczęściej pracę po pierwszym dniu. Niemiecki rynek pracy jest zamknięty dla pracowników polskich co najmniej do końca kwietnia 2009 roku. Praca sezonowa przez maksymalnie cztery miesiące w roku stanowi jeden z kilku wyjątków od tej reguły. Przepisy unijne dają stronie niemieckiej możliwość przedłużenia blokady rynku pracy do 2011 roku, jednak wymaga to uzasadnienia, które rozpatrzy Komisja Europejska. Uczestniczący w konferencji zorganizowanej przez ambasadę RP radca ministerialny z niemieckiego ministerstwa gospodarki Hans Henner Vaubel powiedział, że kwestia ewentualnego wydłużenia blokady nie jest przesądzona. “Dyskusja dopiero się zaczyna” - zaznaczył, dodając, że w niemieckiej gospodarce istnieje zapotrzebowanie na pracowników, szczególnie tych o wysokich kwalifikacjach.
kwi
13
Studenci i absolwenci wyższych uczelni zapisują się na kursy zawodowe spawaczy i operatorów wózków widłowych. Uczą się układania bukietów i sztuki barmańskiej - pisze “Dziennik Polski”. Aneta Fausek z Zakładu Doskonalenia Zawodowego w Krakowie mówi, że jeszcze kilka lat temu na kursach przeważały osoby z wykształceniem zasadniczym. Teraz na kursy spawacza czy operatora wózka widłowego zgłaszają się osoby z wykształceniem średnim i wyższym. Wśród magistrów i inżynierów zainteresowaniem cieszy się też zawód taksówkarza. Swoje kwalifikacje podnoszą również osoby będące jeszcze na studiach. Zdobycie dodatkowych uprawnień to szansa na wakacyjną pracę za granicą. Kursy zawodowe kosztują co najmniej 500 zł. Z inicjatywą wychodzą też sami studenci. Tomasz Jezierski z samorządu studentów Politechniki Krakowskiej, które organizuje szkolenie dla operatorów wózków widłowych mówi, że zgłosiło się już do nich około 100 osób, głównie studenci II i III roku. Jezierski dodaje, iż sytuacja na rynku jest ciężka, trzeba więc czasami zrezygnować z ambicji, zakasać rękawy i pracować fizycznie. Jeśli nie można znaleźć zatrudnienia w zawodzie, to praca w magazynie za 1200 zł może być jakimś, chociażby tymczasowym, rozwiązaniem. Poza tym wielu studentów robi taki kurs, by móc pracować za granicą, gdzie zarobki są dużo wyższe niż w Polsce. Piotr Dziadkowiec z Krakowskiej Szkoły Barmanów poinformował, że popularnością cieszą się m.in. kursy barmańskie. Zapisują się studenci medycyny, architektury, pedagogiki. Z roku na rok przybywa uczestników. Młodzi ludzie podnoszą swoje kwalifikacje i wyjeżdżają. Pracując za barem w Anglii czy Irlandii, można zarobić około 7 euro za godzinę. Jak usłyszał “Dziennik Polski” w jednym z krakowskich salonów florystycznych, studenci biorą też udział w kursach kwiaciarskich. Zgłaszają się osoby, które chcą rozpocząć własną działalność i otworzyć kwiaciarnię.
kwi
11
Obywatele państw Unii Europejskiej, a więc także Polacy, przebywający we Włoszech dłużej niż trzy miesiące nie muszą już posiadać prawa pobytu. Na mocy obowiązujących od 11 kwietnia przepisów wymóg uzyskania pozwolenia na pobyt zostaje zastąpiony obowiązkiem meldunkowym w gminie zamieszkania. Do tej pory taki meldunek uzyskiwało się na podstawie otrzymanego wcześniej prawa pobytu. Dzięki przepisom wchodzącym w życie w środę, procedura legalizacji pobytu obywateli polskich oraz tych z pozostałych krajów Unii zostanie znacznie uproszczona i usprawniona. Na prawo pobytu, wydawane przez policję, czekało się nawet kilka miesięcy. Wpis do rejestru osób zameldowanych mogą uzyskać obywatele państw UE, ich małżonkowie, zarejestrowani prawnie partnerzy oraz pozostające na utrzymaniu któregokolwiek z nich dzieci (do 21. roku życia) oraz rodzice. Polskie władze konsularne informując o zmianie przepisów, dotyczących także naszych obywateli, podkreśliły, że warunkiem uzyskania wpisu w urzędzie gminy jest przedłożenie dokumentów potwierdzających legalne zatrudnienie lub prowadzenie zarejestrowanej działalności gospodarczej na terenie Włoch, albo też posiadanie środków pozwalających na pokrycie kosztów utrzymania we Włoszech bez konieczności korzystania z pomocy społecznej oraz ubezpieczenia pokrywającego koszty leczenia. Można również przedstawić zaświadczenie o podjęciu nauki. W chwili złożenia wniosku o zameldowanie, wydawane będzie potwierdzenie, stanowiące odpowiednik dotychczasowego pozwolenia na pobyt. Po rozpatrzeniu wniosku i dokonaniu wpisu do rejestru mieszkańców danej gminy, można będzie otrzymać włoski dowód osobisty. Obywatele Unii Europejskiej przebywający legalnie i nieprzerwanie na terenie Włoch przez pięć lat, uzyskają automatycznie prawo stałego pobytu. Zgodnie z tym samym rozporządzeniem obywatele wszystkich państw UE, a zatem i Polski, mogą przebywać na terenie Włoch do trzech miesięcy bez konieczności załatwiania jakichkolwiek formalności, pod warunkiem posiadania ważnego dokumentu podróży (paszportu lub dowodu osobistego).