Przeciążeni pracą Brytyjczycy są gotowi wydawać 3,4 mld funtów rocznie za rozmaite domowe usługi, ponieważ brakuje im na nie czasu - wynika z raportu, omówionego przez agencję Reuters.

80% badanych chce zatrudnić pomoc do sprzątania, robienia zakupów i prania - stwierdza raport opracowany przez Instant Access Properties.

Do kosztów spłat hipoteki lub wynajmu mieszkania są gotowi dodać 615 funtów rocznie za prace domowe.

Ponieważ niemal dwie trzecie badanych spędza większość dnia w pracy, wygospodarowanie czasu na wizytę u lekarza czy fryzjera sprawia im trudność.

Raport o “przyszłości życia w mieście” stwierdza, że tak wiele osób płaci za pomoc w domu, że wartość przemysłu usług tego typu wyniesie 3,4 mld funtów rocznie.

Z przeprowadzonych badań wynika, że niemal połowa ankietowanych nie jest w stanie znaleźć czasu na sprzątanie mieszkania, a jednej trzeciej brakuje go na zrobienie prasowania.

Brytyjczycy są gotowi płacić za drobne naprawy domowe, a nawet wynoszenie śmieci i podlewanie roślin doniczkowych.

Sondażem YouGov objęto 2068 osób.

Dziś w Warszawie, a jutro w Krakowie odbędą się targi edukacyjne. Organizuje je British Council dla osób zainteresowanych studiowaniem w Wielkiej Brytanii, informuje Polskie Radio.

Przedstawione zostaną rodzaje kursów, wymagania rekrutacyjne na studia pierwszego stopnia oraz podyplomowe, opłaty oraz możliwością prowadzenia badań naukowych. Swoją ofertę zaprezentuje 27 brytyjskich uniwersytetów.

Uczestnicy targów będą mieli okazję porozmawiać z reprezentantami uczelni. Więcej informacji na: www.britishcouncil.pl.

British Council jest instytucją reprezentującą Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej w zakresie współpracy kulturalnej i edukacyjnej. Umożliwia nawiązywanie kontaktów oraz oświadczeń pomiędzy Wielką Brytanią a zainteresowanymi krajami.

Wyjazdy Polaków za granicę powodują, że wyludniają się niektóre regiony kraju, a przedsiębiorcy mają kłopoty ze znalezieniem rąk do pracy - wynika z przedstawionego dzisiaj raportu w ramach programu “Work in Poland”.

Regiony, z których najwięcej osób migruje za granicę to: Podlasie, Opolszczyzna, Podhale i Lubelszczyzna. - Dobrym przykładem regionu, z którego tradycyjnie ludzie migrują jest Opolszczyzna. Ludzie stamtąd wyjeżdżają do pracy w Niemczech, a zarobione pieniądze wydają w Polsce. Doprowadziło to takiej sytuacji, że osoby, które trudnią się handlem, sprzedają swoje towary z samochodu, bo nie mają sklepów. Nikt nie chce zakładać sam biznesu i tworzyć miejsc pracy. Ludzie chcą tylko wydawać pieniądze, a kiedy się one skończą, jadą do pracy do Niemiec � tłumaczy jedna ze współautorek raportu Joanna Tyrowicz.

Autorzy dokumentu podkreślają, że na migrację zarobkową decydują się ludzie bardzo młodzi, często z wyższym wykształceniem. - Z ostatnich badań wynika, że 70 proc. migrantów to osoby w wieku między 18 a 34 rokiem życia. 30 proc. osób, które wyjeżdżają do Wielkiej Brytanii i Irlandii, mają dyplom ukończenia wyższej uczelni � dodaje Tyrowicz.

W raporcie można znaleźć także listę krajów, do których najczęściej migrują Polacy. Do 2004 roku najczęściej wybierane były Stany Zjednoczone i Niemcy. Po wejściu Polski do UE najwięcej osób wyjechało do Wielkiej Brytanii. Pozostałe popularne kraje to: Irlandia, Włochy, Hiszpania, Niemcy i USA.

Według raportu, za granicą pracuje obecnie ok. 700 tys. osób - zdecydowana większość w Anglii. - Przypuszczam, że osoby, które przebywają w Wielkiej Brytanii, raczej nie będą wracać. Dlatego, że sprowadziły tam już swoje rodziny, a tamtejszy system opieki czy oświaty jest lepszy niż w Polsce i nie będą chcieli z niego rezygnować. Jeśli chodzi o pozostałe kraje, do których migrują Polacy, takie jak Niemcy czy Włochy, to większość osób stamtąd wróci � przewiduje Tyrowicz.

Jej zdaniem, najważniejsze jest, żeby młodzi Polacy, którzy decydują się na wyjazd, robili to świadomie. - Ludzie wyjeżdżają bez żadnego planu, nie wiedzą na jak długo, co będą robić za granicą i ile chcą zarobić. Są zupełnie nieprzygotowani do takiej decyzji � dodaje.

Głównym założeniem programu “Work in Poland” jest przygotowanie analizy i raportu ekspertów na temat emigracji zarobkowej i jej wpływu na rynek pracy w Polsce. Organizatorem seminarium jest Fundacja Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych (FISE).

Polacy, którzy wrócą z emigracji, nie muszą bać się urzędu skarbowego. Rząd kończy prace nad projektem ustawy o abolicji podatkowej dla pracujących za granicą. Zaległe podatki emigrantów będą więc umarzane. Jak dowiedziała się “Polska”, w połowie grudnia sprawą ma się zająć Sejm.

Abolicja ma objąć wszystkie osoby, które od maja 2004 r. legalnie pracowały w krajach Unii Europejskiej, z którymi Polska nie ma lub nie miała umów o unikaniu podwójnego opodatkowania.
- Chcemy zwolnić z podatku nie tylko emigrantów z Wielkiej Brytanii, ale również Belgii, Holandii, Austrii i Finlandii” - wylicza poseł PO Krzysztof Lisek.

Rządowy projekt przewiduje, że po powrocie do kraju Polacy będą składać w urzędach skarbowych jednostronną deklarację z informacją o okresie pracy za granicą i prośbę o umorzenie zaległych podatków. Nie będą musieli udokumentować, ile zarobili za granicą, odpowiadać, czy zamierzają zostać w kraju oraz gdzie planują zainwestować zarobione pieniądze.

- Abolicja obejmie wszystkich. Nie będziemy sprawdzać, kto ile i jak zarabiał, a jedynie to, czy pracował legalnie - mówi “Polsce” poseł PO Jakub Szulc.

60 polskich murarzy, mechaników i cieśli przez kilka tygodni harowało w kamieniołomie w Szwecji - bez pieniędzy i posiłków. “Polska” odkryła kolejny obóz pracy.

Niedawno gazeta pisała o firmie Just Prepared Ltd. z Oksfordu, która zmuszała Polaków do pracy w równie upokarzających warunkach.

To była prawdziwa gehenna. Tyrali godzinami przy kruszeniu skał, a w weekendy przy wycince lasu. Bez zapłaty, bez posiłków. W takich warunkach ok. 60 Polaków przeżyło w Szwecji kilka strasznych tygodni.

Wyjazd zorganizowała agencja zatrudnienia Swedpool z Gdańska, posiadająca certyfikat marszałka województwa pomorskiego. Zajmuje się ona ściąganiem polskich pracowników fizycznych do pracy w Szwecji. Teraz przedsiębiorstwem zajmują się inspektorzy pracy - pisze gazeta.

To był obóz pracy - tak warunki, jakie panowały w Szwecji, określają sami poszkodowani. Uciekli stamtąd dopiero wtedy, kiedy ktoś podpalił kwatery, w których nocowali. Miałem pracować jako cieśla, obiecywano wysokie zarobki - opowiada Wojciech Lange z Kleszczewa Kościerskiego na Pomorzu. Przed wyjazdem zwolniłem się z dobrej pracy, którą miałem w Polsce. Na wyjazd do Szwecji wydałem wszystkie pieniądze, teraz jestem bez grosza - dodaje.

Wszystko miało być legalnie. Dobre zarobki, wygodne zakwaterowanie, wyżywienie i praca w zawodzie. Wyjazd do Szwecji był dla wielu Polaków szansą życiową. Mieliśmy pracować jako fachowcy, murarze, mechanicy, cieśle. Po przyjeździe okazało się, że pracy dla nas nie ma - wspomina Lange.

Dopiero po kilku dniach Polakom zaproponowano zatrudnienie w kamieniołomach. Mieli dostać 25 zł za godzinę. Lepsze to niż nic. Zgodziliśmy się - przyznaje.

Jednak po upływie tygodnia, kiedy robotnicy zgłosili się po swoją tygodniówkę, okazało się, że pieniędzy dla nich nie ma. Ci, którzy się buntowali, byli zastraszani - opowiada Lange.

Pracownica Swedpoolu, która nie chce podać nazwiska, twierdzi, że opowieści Polaków są zmyślone. Panom po prostu nie chciało się pracować, poza tym wielu z nich nadużywało alkoholu - mówi. Jedyne, do czego przyznaje się Swedpool, to opóźnienia w wypłatach, ale - twierdzą pracownicy firmy - wszystkie pieniądze zostaną w końcu przekazane na konta.

Już od lutego przyszłego roku w życie wejść mają przepisy, których zadaniem będzie uskutecznienie walki z pracującymi na czarno imigrantami. Zatrudniający nielegalnie imigranta pracodawca będzie musiał zapłacić nawet 10 tys funtów. A jeśli działał świadomie, grozi mu więzienie i nielimitowana grzywna donosi TVN24.

W ciągu roku agencja ds. kontroli granicznej i imigracji (BIA), wprowadzić ma system obowiązkowych kart tożsamości dla cudzoziemców oraz takie zasady, by na Wyspy przybywały jedynie osoby z pożądanymi umiejętnościami i kwalifikacjami.

Brytyjska Minister Spraw Wewnętrznych Jacqui Smith twierdzi, iż zaostrzając przepisy brytyjski rząd chce tym samym uczynić z Wielkiej Brytanii po prostu mało atrakcyjne miejsce dla nielegalnych imigrantów. Według niej, surowsze kary powstrzymają także niektórych pracodawców od omijania przepisów oraz niezgodnego z prawem pracy wyzysku pracowników.

Wprowadzany system kar, to najostrzejsze od 40 lat przepisy imigracyjne.

Paczka Marlboro w Anglii kosztuje ponad 8 euro, a w Polsce tylko 2 euro. Różnica ogromna. Można na tym sporo zarobić. Także legalnie, w ramach dopuszczalnych norm przywozowych.

Od naszej akcesji do Unii w 2004 r. znikła kontrola celna na zachodniej granicy, ale ograniczenia w przewozie alkoholi i wyrobów tytoniowych zostały utrzymane. Do końca 2008 r. do Niemiec i dalej na Zachód legalnie możemy wywieźć tylko 200 sztuk papierosów (10 paczek).

Wyższe normy na Zachodzie

W ramach tzw. starych krajów Unii również nie można przewozić dowolnych ilości papierosów, ale przyjęte normy są relatywnie wysokie. Górna granica została określona na poziomie 800 sztuk, czyli 40 paczek. Ta reguła nie dotyczy takich krajów jak Norwegia czy Szwajcaria, które uchylają się przed wstąpieniem do Unii. W ich przypadkach obowiązuje uznana, międzynarodowa norma 200 sztuk.

Przez Luksemburg

Jeśli wybierasz się do Wielkiej Brytanii samochodem i chciałbyś trochę sobie dorobić na papierosowym biznesie, dobrze byłoby zawadzić po drodze o Luksemburg. Załóżmy, że z Polski zabieramy dozwolone 10 paczek. Natomiast w Luksemburgu (gdzie ceny wyrobów tytoniowych są stosunkowo niskie) dokupujemy kolejne 30 paczek (nie więcej, aby nie przekroczyć unijnej normy 800 sztuk papierosów). Na te zakupy wydamy w sumie 131 euro (20 euro w Polsce i 111 euro w Luksemburgu). W Anglii nasz towar będzie wart (przyjmując 8,43 euro za paczkę) 337 euro. Różnica wyniesie zatem 206 euro. Oczywiście aż tyle nie zarobimy, bo nikt nam nie da za przywiezione Marlboro tyle samo ile trzeba zapłacić w londyńskim automacie. W każdym bądź razie, gra jest warta świeczki.

Przez Czechy

W odróżnieniu od Polski, Czechy już z początkiem przyszłego roku wchodzą do strefy krajów, między którymi można legalnie przewozić do 800 sztuk papierosów. Warto zatem rozważyć przejazd do Anglii zahaczając po drodze o naszych południowych sąsiadów. W Czechach paczka Marlboro kosztuje 2,70 euro, a więc trochę drożej niż w Polsce, ale dużo mniej niż w Luksemburgu. Załóżmy, że z Polski zabierzemy znowu 10 paczek, a z Czech kolejne 30. W sumie wydamy 101 euro. W takim razie względem cen na Wyspach będziemy 236 euro na plusie.

Od trzech do nawet 14 lat musisz spędzić na Zachodzie, jeśli chcesz uzbierać na zakup mieszkania w Polsce. Im później wyjedziesz, tym później dopniesz swego.

Oficjalny poziom inflacji w Polsce wynosi obecnie ok. 3 proc. Ale nie dotyczy to nieruchomości, a zwłaszcza mieszkań. Te drożeją ostatnio w tempie kilkunastu procent rocznie. Tymczasem zarobki w Anglii i innych naszych ulubionych krajach są dość stabilne. Na domiar złego, za zarobione za granicą funty i euro dostajemy w polskim kantorze coraz mniej złotówek.

Nie czekaj bierz kredyt

Ponieważ ceny mieszkań w Polsce a szczególnie w dużych miastach osiągnęły już “dobry”, europejski poziom, nie należy obawiać się, że cena metra nadal będzie rosła w zawrotnym tempie. Nie ulega jednak wątpliwości, że mieszkania będą drożeć i to na pewno w tempie szybszym niż inflacja. Jaki stąd wniosek? Otóż nie ma co czekać aż uzbieramy całą kwotę i dopiero wtedy dokonywać zakupu. Najlepiej wymarzone M znaleźć już teraz i kupić na kredyt. Warto zastanowić się nad kredytem w obcej walucie, np. we frankach szwajcarskich. Zdaniem finansistów, złotówka w dłuższym okresie będzie się umacniała wobec zachodnich walut. Oznacza to, że oddamy mniej niż, gdybyśmy zaciągnęli kredyt w złotówkach.

Minimalnie 3 lata

W naszym zestawieniu (w tabeli obok) przyjęliśmy, że wyjeżdża jedna osoba, zarabia za granicą w granicach lokalnego minimum, płaci na miejscu podatki w wysokości 10 proc., a z tego co zostanie odkłada połowę. Z drugiej strony założyliśmy, że interesuje nas zakup 3-pokojowego mieszkania o powierzchni ok. 50 metrów kw., w blokach z wielkiej płyty. A więc chodzi o lokale, które oferują przyzwoity poziom i obecnie są najtańsze na rynku.
Jeśli do pracy za granicę wyjedziemy we dwoje i zamierzamy składać na jedno mieszkanie, to podane okresy ulegną skróceniu o połowę. Będzie jeszcze lepiej jeśli zdarzy się, że dostaniemy świetnie płatne posady. W najlepszym wypadku przy założeniu, że wyjeżdża para i wystarczy nam mieszkanko w niedużym mieście zarobkowy pobyt za granicą będzie można skrócić z trzech lat do niespełna roku.

To jedno z najdroższych państw w Europie. Przeciętny polski imigrant wydaje tam na życie co najmniej 4000-6000 koron miesięcznie. Mimo to praca, w tym kraju jest bardzo opłacalna. Wysokie koszty utrzymania rekompensują dobre zarobki.

Fachowiec z kilkuletnim doświadczeniem zarobi w Danii ok. 20 tys. koron miesięcznie (netto). Taka pensja pozwoli mu zaoszczędzić 10-12 tys. koron. Daje to co najmniej 5000-6000 zł miesięcznie. Osoba roznosząca gazety dostaje na rękę ok. 12-13 tys. koron. Przy oszczędnym życiu jest w stanie odłożyć 3000-4000 zł. Wszystko zależy od tego, jak dużo wyda na jedzenie i zakwaterowanie.
Dania jest krajem z najdroższą żywnością w Unii Europejskiej. W porównaniu z Polską, ceny są wyższe o 30-50 proc. W zależności od indywidualnych preferencji i zasobności portfela, nasi rodacy wydają na jedzenie 1200-2000 koron miesięcznie. Najczęściej zaopatrują się w tanich supermarketach, takich jak Netto, Fakta, Rema, Lidl czy Aldi. Do najdroższych produktów należą sery i wędliny. Za kilka plasterków szynki zapłacisz 10-12 koron. Najtańszy jest ryż, makaron, mrożone warzywa oraz olej i frytki.
Dużą popularnością cieszą się w Danii mrożone bułki. Po odgrzaniu w mikrofalówce smakują jak świeże. Za 9 takich bułek zapłacisz 7-8 koron.

Jeśli lubisz zjeść na mieście, musisz liczyć się z niemałymi wydatkami. Za małą pizzę zapłacisz ok. 50 koron, cena dużej dochodzi do 100 koron. Najtańszy hamburger w McDonaldsie kosztuje 15 koron. Na kawę lub inny gorący napój z automatu wydasz jakieś 5 koron.
Najtańszym rozwiązaniem jest wynajęcie pokoju. Zapłacisz za niego 2500-3000 koron. W tym przypadku wszystkie opłaty są już wliczone w czynsz. Możesz też zamieszkać w kawalerce. Ceny takich lokali zaczynają się od 3000 koron miesięcznie. Do tej kwoty trzeba jeszcze doliczyć rachunki. 2-pokojowe mieszkanie można wynająć za 6000 koron miesięcznie. Na dom trzeba wydać co najmniej 10 tys. koron.
Sposobem na tanie lokum może być zapisanie się do spółdzielni mieszkaniowej. Wiąże się to co prawda z opłatą rzędu kilkuset koron, ale warto ponieść te koszty. Mieszkając w spółdzielczym lokum nie płacisz opłaty za wynajem, tylko czynsz i rachunki. Dzięki temu zaoszczędzisz 2000-3000 koron miesięcznie. Okres oczekiwania na takie mieszkanie to 6-18 miesięcy. Aby skorzystać z tej możliwości trzeba mieć pozałatwiane wszystkie formalności związane z pobytem w Danii.

Kiedyś samoloty do USA były wypełnione Polakami, którzy lecieli spełniać swoje marzenia o bogactwie. Dziś w fotelach siedzą zwykli turyści, którzy chcą zobaczyć Wielki Kanion i kupić sprzęt elektroniczny.?Praca już się nie opłaca

Czasy, kiedy ciężko harujący Kowalski wysyłał rodzinie w Polsce grube pliki zielonych, dawno już minęły. Dziś dolar nie kosztuje już cztery złote, tylko nieco ponad dwa, a pracę fizyczną łatwiej i szybciej można znaleźć w Wielkiej Brytanii, gdzie funt wart jest ponad pięć złotych. Nie dziwi więc, że Polacy przestali wyjeżdżać za ocean, a w naszych rodzimych restauracjach w największym polskim mieście na świecie Chicago gołąbki i pierogi wypierane są z menu przez pizzę i owoce morza.

USA to pułapka. Wyjazd na pół roku się nie kalkuluje. Stany są za daleko i trzeba wypełnić sporo formalności, choćby wizowych, żeby się tam dostać. Ten, kto decyduje się na migrację, żegna się z rodziną na kilka lat, a tego Polacy nie chcą, zwłaszcza że przestało się to opłacać mówi profesor Janusz Czapiński, socjolog, autor badania “Diagnoza społeczna”. Z analizy tej wynika, że wyjazd do pracy do państwa leżącego poza Unią Europejską planuje dziś tylko jeden procent Polaków. CBOS podaje natomiast, że pracę w USA wybiera dziś tylko cztery procent rodaków, którzy chcą szukać- chleba za granicą. O pracy w USA myślą już tylko nieliczni. W Wielkiej Brytanii płaca minimalna wynosi 5,52 funta za godzinę, czyli prawie 28 złotych. W Stanach to 7,5 dolara, a więc niecałe 19 złotych. Po co nam dzisiaj Stany?

Nie ma zabytków, ale zwiedzić warto
Są tam świetne tereny do jazdy na nartach opowiada Sławek Białas, który w zeszłym roku szalał na stokach w miejscowości Breckenridge nieopodal Denver. Jeździłem w Polsce, Austrii i we Włoszech, ale Stany są najlepsze. Tam wszystko jest w rozmiarze XXL. Ta zasada dotyczy też wielkości stoków i grubości pokrywy śnieżnej wspomina.

Sławek jest jednym z wielu Polaków, którzy odkryli turystyczne uroki USA. Od dwóch trzech lat coraz więcej osób ubiega się u nas o wizę turystyczną, o pracowniczą znacznie mniej przyznaje Janusz Buszyński z ambasady USA w Warszawie.

Ale tak jak kiedyś do pracy, tak dziś na wakacje Polacy zazwyczaj wyjeżdżają do Stanów na własną rękę. Firm turystycznych specjalizujących się w wyjazdach za ocean jest wciąż niewiele. Można jednak przypuszczać, że niebawem to się zmieni. Firma Logos Travel już zwietrzyła interes i co miesiąc wysyła do USA kilkadziesiąt osób. Co ciekawe, w dużej mierze są to ludzie w wieku 5060 lat, którzy dopiero dziś spełniają swoje marzenie o podróży do Ameryki.

Inną grupą wyjeżdżających są rodziny emigrantów odwiedzające bliskich. Babcie jadą po raz pierwszy zobaczyć wnuki, a rodzice z kolei spotkać się z dziećmi. Kiedyś nie dostaliby wizy. Dziś nie mają już tego problemu. A i bilety są znacznie tańsze.

Zostały im zakupy
Mniejszym zainteresowaniem natomiast Stany cieszą się wśród studentów. Tylko garstka wyjeżdża tam, by skończyć szkołę. Trudno się dostać, a kiedy już się uda, trzeba płacić wysokie czesne mówi Paweł Pączka, który właśnie stara się o wizę do USA, by odwiedzić siostrę studiującą MBA w Filadelfii.

Coraz mniej młodych Polaków korzysta również z adresowanego do studentów rządowego programu Work & Travel, dzięki któremu mogą legalnie pracować w USA przez cztery miesiące, a potem przez miesiąc podróżować. Jeszcze w 2004 roku w ramach tego projektu wyjechało 22 tysiące studentów, rok później 19 tysięcy, a w zeszłym roku już tylko 14 tysięcy. Liczba uczestników amerykańskich programów spada, choć w ciągu ostatnich kilku lat wyjazdy staniały z dziewięciu do pięciu tysięcy złotych.

Z dobrodziejstw Ameryki korzystamy w inny sposób. Kiedyś wyjazd do USA dawał możliwość zakupu rzeczy, których w Polsce nie sposób było dostać. Dziś wciąż wiele osób prosi znajomych na co dzień mieszkających za oceanem o przywiezienie różnych przedmiotów, na przykład fotograficy kompletują sobie w ten sposób sprzęt fotograficzny.

Następna strona →